Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Regulamin tłoczni win - John Irving

Jak wiadomo losy sierot nie zawsze były regulowane prawnie. Jeśli miały "szczęście" to trafiły do sierocińca a potem adopcji. Jeśli nie – musiały żyć na swoją rękę. Czemu słowo "szczęście" zapisałam w cudzysłowie? Opiekunów nikt nie szkolił w opiece nad dziećmi niechcianymi. Nikt nie interesował się ich kondycją psychiczną (czasem po traumatycznych przeżyciach), ich edukacją, późniejszym życiem, rozwojem kulturowym i osobistym. Sierocińce gwarantowały posiłek, łóżko i tyle. Nierzadko w domach dziecka i rodzinach zastępczych wcale nie było kolorowo.

Losem sierot z St. Cloud's zainteresowały się kobiety tam żyjące. Jedna z bardziej wykształconych prostytutek napisała list adresowany do:

"DO DOWOLNEGO URZĘDNIKA W STANIE MAINE, KTÓREGO OBCHODZĄ SIEROTY"
A brzmiał on tak:
"TU, CHOLERA POTRZEBA DOKTORA I, CHOLERA, SZKOŁY I PRZYDAŁBY SIĘ JESZCZE, CHOLERA, POLICJANT I JAKIŚ, CHOLERA ADWOKAT, TU U NAS, W ST. CLOUND'S, BO WSZYSTKIE CHŁOPY OD NAS WYJECHAŁY (MAŁA STRATA), WIĘC NIECH KTOŚ POMOŻE SŁABYM KOBIETOM I SIEROTOM!"
Pismo przeszło przez wiele rąk, uznano je za pilne, ale nikt się nie kwapił aby założyć sierociniec gdzieś na krańcu świata. Tego zadania podjął się Wilbur Larch. Wraz z siostrami Edną oraz Angelą zajmował się oddziałem chłopięcym. Ponieważ był położnikiem, odbierał w szpitalu przy sierocińcu porody oraz dokonywał aborcji. Z tego co wyczytałam w książce aborcja nie była do końca popierana w środowisku lekarskim, dlatego kobiety często chodziły na "zabieg" do osób niemających żadnego wykształcenia medycznego. Jeden z domów publicznych posiadał "pokój zabiegowy". Kobiety, których nie stać było na zapłatę musiały odpracować to prostytucją. Jak się łatwo domyślać wiele kobiet musiało być operowanych po tym "zabiegu". Dużo pewnie umarło. Niestety kobiet z nizin społecznych nie stać było na wychowanie dziecka, wiele nie mogło być w ciąży – pracowały, albo były za młode. Coś takiego jak zasiłek macierzyński, wsparcie matek naturalnie nie istniało. I nikogo nie obchodziło co się stanie z tym dzieckiem, matką. Często sam ojciec umywał ręce. Alimenty także nie istniały. Kobieta jak zaszła w ciąże musiała urodzić. Koniec pieśni.

Ponieważ doktor Larch dokonywał aborcji na życzenie "dopóki nie kopie", został niejako odtrącony w środowisku lekarskim. W sierocińcu czuł się potrzebny. Podobnie jak jego ukochany podopieczny Homer Wells, który jest głównym bohaterem książki "Regulamin tłoczni win". Chłopiec był w kilku rodzinach zastępczych, ale za każdym razem wracał. W końcu doktor uznał, że jeśli nie chce nie musi odchodzić z ośrodka. Pomagał przy młodszych dzieciach, czytał im na dobranoc aż w końcu uczył się anatomii, odbierania porodów i przerywania ciąży. Wszystko się zmienia gdy przyjeżdża dwójka młodych, bogatych, lecz niegotowych na dziecko ludzi. Zabierają Homera ze sobą do sadów jabłkowych, aby mógł pracować w wakacje. Jak się ta przygoda skończy?

John Irving jest jednym z najbardziej znanych, amerykańskich pisarzy. Jest także scenarzystą. Za film "Wbrew regułom" otrzymał Oskara w 2000 roku. Film był adaptacją książki, którą właśnie opisuję. Dorastał i studiował historię sztuki i filozofię w Austrii. Debiutował w 1968 roku powieścią "Uwolnić niedźwiedzie", jednak dopiero czwarta książka "Świat według Garpa" przyniosła mu światową sławę.

Jak ja odbieram tę pozycję? Średnio. Bardzo średnio właściwie. Irving niewątpliwie umie pisać. Nie odczuwa się tego, że książka jest gruba... bardzo (750 stron). Zdarzyło mi się parę momentów, w których nie odeszłam od Regulaminu aż nie skończyłam rozdziału. Jednak jest zbyt wiele "ale". Po pierwsze: trójkąt miłośny. Nie znoszę tego motywu jak nie wiem co. Żeby dorośli ludzie nie mogli się ogarnąć z uczuciami ponad 15 lat? Tyle trwał ten chory układ. Oczywiście tutaj dochodzi okłamywanie jednej ze strony zainteresowanych oraz dziecka. Jak nazwać sytuację w której dwójka ludzi wychowuje SWOJE dziecko wmawiając mu, że jest adoptowane? No proszę Was.. Drugi minus to... jakby to nazwać... gadulstwo? Autor ma irytującą skłonność do opisywania losów głównych bohaterów (czasem i tych drugoplanowych) pokolenie, czy dwa wstecz. Nie żeby to było jakoś zgrabnie wplecione w fabułę. Po prostu naciskamy guziczek, zatrzymujemy akcję a potem następuje kilkanaście stron informacji, całkowicie nieistotnych dla fabuły. Niestety tutaj się muszę przyznać, że większość takiej treści przeleciałam wzrokiem nie wczytując się specjalnie i książka nie stała się ani trochę mniej czytelna. To prawda, że Irving poruszył wiele istotnych tematów: sieroctwo, prostytucję, przemoc domową, gwałt (nawet kazirodczy), biedę, sytuację Afroamerykanów w XX wieku i tak dalej, i tak dalej, ale niestety to wszystko dla mnie ginęło w masie niepotrzebnej treści. Jak dla mnie to "Regulamin tłoczni win" jest bardzo przeciętny. Niby jest jakiś pomysł na ciepłą powieść o szukaniu swojego miejsca na świecie przez sierotę, ale niespecjalnie wyszło wykonanie. 5/10

Książka przeczytana została dla własnej przyjemności

2 komentarze:

  1. Taaak, ja chyba ją sobie podaruje, przynajmniej chwilowo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta ksiązka może być ciekawa jak nie masz co czytać, bo źle napisana nie jest. Ale Tobie to chyba nie grozi :D

      Usuń

Komentuj, krytykuj, chwal i piętnuj.A przede wszystkim się podpisz i nie wstawiaj linków. Na bank zajrzę, jeśli będę wiedziała do kogo.

Komentarze anonimowe, niekulturalne i zawierające spam będą usuwane.