Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Ostatnia zdobycz ze zlotu blogerów...

"W ciągu siedmiu lat małżeństwa, zanim dobry Bóg nabrał przekonania, że lepiej pasuje do niej urna na kominku niż obrączka na palcu, mąż powiedział jej kiedyś, że dziwi się go, dlaczego ustawia się ograniczenia wiekowe dla filmów i gier komputerowych, a nikt nie pomyślał o książkach.
Jakże słuszna uwaga
"
I czas na ostatnią pozycję z Targów. To kolejna książka, która przyciągnęła mnie okładką i zatrzymała opisem. Rzadko czytam książki tego typu, ale uznałam, że tej warto dać szansę. Czy słusznie?


Ostatnio zamiast na książkach skupiłam sie na diecie. Czemu czytanie nie odchudza?

Zamiast opisu z tyłu mamy fragment pierwszego rozdziału. Dość mglisto przedstawia nam on człowieka na stole operacyjnym, który błaga o zaprzestanie zabiegu. Osoba wykonująca zabieg (lekarz? Sadysta?) jest nieugięty i mówi, że to jest jedyny sposób aby ofiara "mogła umrzeć". Czyżby była mowa o psychopatycznym mordercy, który torturuje swoje ofiary? O tym dowiemy się w dalszej części. Najpierw poznajemy policjanta. Zawsze brał zlecenia najbardziej niebezpieczne , wymagające zmiany danych osobowych, fryzury, tworzenia tatuaży a nawet wybijania zębów. Obiecał żonie i synowi, że to zlecenie było ostatnie. Że będzie z nimi więcej. Obietnicy nie dotrzymał, nigdy więcej ich nie zobaczył. Zginęli w rejsie. Nigdy nie zrozumiała czemu żona uśpiła synka i wyrzuciła za burtę po czym popełniła samobójstwo. Martin zatopił się w pracę aby nie myśleć. Aż do otrzymania dziwnego telefonu. Starsza kobieta zamieszkująca statek prowadziła prywatne śledztwo. Podejrzewała, że coś się dzieje. Handel ludźmi? Wywożenie przestępców? Początkowo główny bohater nie jest zainteresowany rojeniami starszej kobiety aż ta mu wręcza misia należącego do Timmy'ego. Czy jest możliwe wyjaśnienie śmierci jego rodziny?

niedziela, 19 czerwca 2016

Golem - Gustav Meyrink

Kolejna książka wygrana na losowaniu podczas Warszawskich Targów. Nie znałam tej pozycji wcześniej, ale opis z tyłu mówiący o legendzie o Golemie, żydowskiej dzielnicy, kryminale i grozie mnie zaintrygował. Liczyłam na dobre połączenie wielu gatunków w otoczce żydowskiej kultury i nieziemskiego klimatu. Dostałam coś zupełnie innego.

Gustav Meyring żył na przełomie XIX i XX wieku. Był austriackim pisarzem, mistykiem, buddystą, okultystą... fascynowała go groza, fantastyka, tajemniczość, zjawiska paranormalne. Przez cięty język, uwielbienie ironii i kpienie z militaryzmu miał wiele problemów. Cenzura, kryzysy psychiczne, aresztowania, grzywny to tylko niektóre z nich. Dziś jest postrzegany jako prekursor powieści egzystencjalnej i surrealizmu.

Tyle wiem jedynie, że moje ciało leży śpiące w łóżku, ale zmysły się oderwały i nie są już z nimi związane.
Kim teraz jestem „ja”, chcę się z nagła spytać, ale wtedy dochodzi do mnie, że nie mam żadnego organu, którym mógłbym pytania stawiać, a wtedy lęk mnie ogarnia, że znowu się wyłoni mroczny głos i od nowa zacznie niekończące się wypytywanie o kamień i tłuszcz.
I tak się odrywam.

Pierwszy bohater, którego poznajemy nie zostaje nam przestawiony z imienia. Zwiedzając zamek znajduje kapelusz. Zamierza go oddać właścicielowi, którym jest Athanasius Pernat (a przynajmniej takie nazwisko jest wyszyte wewnątrz). Pojawia się on w następnym rozdziale. Jest to czterdziestoletni wycinacz kamei z Praskiego getta. W młodości przeżył on wypadek, który spowodował załamanie nerwowe. Za pomocą hipnozy jego wspomnienia z lat wcześniejszych zostały wymazane. Pewnego dnia odwiedza go człowiek o trudnej do zapamiętania twarzy, zleca bohaterowi naprawienie inicjału w księdze. Gdy Athanasius zaczyna ją czytać zaczynają w jego umyśle dziać się dziwne rzeczy, zaczyna rozumieć słowa zapisane w obcym języku a w jego głowie pojawiają się wizje.

niedziela, 12 czerwca 2016

Wózkiem przez stolicę.

W końcu dojrzałam do tego, aby podzielić się z Wami moimi wrażeniami z Warszawskich Targów Książki. Jednakże nie do końca to będzie relacja ze spotkań z autorami. To było już opisywane dziesiątki razy. Może opowiem bardziej o poruszaniu się wózkiem inwalidzkim po stolicy europejskiego państwa. Jak część z Was wie Bujaczek porusza się na takowym, w związku z tym potrzebuje towarzystwa podczas podróży.

Podróż zaczęła się w Malborku, gdzie się spotkałyśmy. Na dworcu zostały mi zaśpiewane nieśmiałe „sto lat”, zostałam wyściskana i wycałowana. Mogłam ruszać. Dworzec w tym mieście niestety nie ma wind (zabytek), jest za to platforma. Jak nas poinformowali ochroniarze (płci obydwu) ledwo wyrabia na zakrętach i śmiga setką. Z pociągu na dworcu wysiadła kierowniczka pociągu i rozstawiła kolejną platformę. Wszystko przebiegło szybko i sprawnie. Widać, że PKP się wywiązuje z obowiązku. Podróż przebiegła spokojnie. A w Warszawie czekali już: mężczyzna z platformą na kółkach i znów dwóch ochroniarzy. Tutaj towarzystwo nie było już tak miłe i serdeczne, ale wykonali swoją pracę i chwała im za to.

Zostawiłyśmy rzeczy w skrytce i pojechałyśmy na stadion. Spóźniłyśmy się 10 minut i niestety Olga Rudnicka nam uciekła. No cóż. Czas się zameldować w hotelu i opłacić pobyt. Wybrałyśmy Ibris Budget Centrum. Nie do końca jest dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych a to przez brak odpowiednich łazienek, ale są windy , jest czysto a personel naprawdę miły i pomocny. Łóżka też są wygodne. Niestety zaskoczył mnie kompletny brak półek i szafek. Dla trzech kobiet był to spory problem. Ale nic to. My w tym pokoju tylko spałyśmy. Głównie z powodu błądzenia, ale opis tego Wam daruję. A sobie wstydu.