Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

środa, 14 września 2016

Pierwsza space opera w moim repertuarze. Jak ją odebrałam?

Nie ograniczam się, jeśli chodzi o gatunki, jednak moim faworytem zawsze będzie fantastyka we wszelkich odsłonach. Tak już przemierzałam lasy z rycerzami, uczyłam się magicznych sztuczek z czarodziejami, byłam wśród ogarniętych szałem bitewnym wojów, walczyłam o przetrwanie z potworami, zwiedzałam zonę ze stalkerami. Nawet zawitałam w steampunkowym mieście. Nie miałam okazji zwiedzać innych planet na pokładzie statku kosmicznego. Skusiłam się na Zabójczą sprawiedliwość. Okładka obiecywała miło spędzony czas, z bezdyskusyjnie najlepszą space operą XXI wieku. Rekomendacje zachęcały do zapoznania się z tym tytułem.

Ann Leckie dotychczas publikowała wyłącznie opowiadania w magazynach i antologiach. Pracowała jako: kelnerka, geodetka i inżynier dźwięku. Jej debiut, o którym tutaj piszę, zdobył wiele nagród, między innymi: Nebula, Arthur C. Clarke Award oraz Locus Award. Mnogość nagród kazała mi myśleć, że sięgam po coś naprawdę dobrego. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Od pierwszych stron, wiedziałam, że nie polubimy się z tą książką.

Główną bohaterką jest Breq. Nie jest ona człowiekiem. Jest sztuczną inteligencją ze zniszczonego statku, zamkniętą w ciele człowieka. Serwitorem. Na początku spotyka nieprzytomną oficer. Pomimo że nie darzy ją przesadną sympatią, postanawia uratować ją przed śmiercią. Niekoniecznie spodziewa się wdzięczności. Ale czy można jej oczekiwać od narkomanki?

Jednocześnie widzimy ją jak jako Esk Jeden służy oficer Awn. Na planecie Shis'urna, zaanektowaną przez siły Radchaai przed pięcioma laty. Jako serwitor służy oficerom, pomaga w utrzymaniu porządku w mieście Ors, oraz dowodzi statkiem Sprawiedliwość Toren. A właściwie to nim jest, jakkolwiek to brzmi. Kolejne rozdziały na zmianę ukazują nam drogę bohaterek do Radchaai oraz wydarzenia, które spowodowały, że statek został zniszczony.

Zacznijmy od tego, ze w tej książce nic się nie działo. Jak przedstawiała się akcja? Parę kroków, strzał, herbatka, pogaduszki, parę kroków, herbatka, strzał, pogaduszki dla odmiany i tak w koło Macieju. Do znudzenia. Przez to wszystko rozleniwiłam się i zwolniłam, dostosowując się do tempa akcji. To z kolei spowodowało, że podczas jedynej dynamicznej akcji, nie mogłam się odnaleźć w wydarzeniach. Niestety, walka pod koniec powieści nie była tak fascynująca, abym mogła podnieść ocenę. W tej książce nic nie przykuwa uwagi i nic nie zaskakuje.

Co było widoczne? Dylematy gramatyczne. Otóż okazuje się, że u większości bohaterów nie można rozróżnić mężczyzn od kobiet. I głównie problemy tego typu zajmują bohaterkę w pierwszych rozdziałach. Wszyscy bohaterowie powieści są opisywani jako kobiety (nawet ci z brodą). Jedynie męską formę czasem otrzymuje Seivarden. Też nie zawsze. Mam wrażenie, że to czy bohater(ka?) będzie oną, czy onym, zależy od przypadku. Często w jednej wypowiedzi występowały obie formy.

Przez część powieści była ona dla mnie niezrozumiała. Raz, że pojawiało się mnóstwo nieznanych mi słów, które były wyjaśniane oszczędnie, późno, lub wcale, dwa – przeskoki w czasie wcale nie pomagały mi w rozumieniu tego, co czytam. Taki zabieg może podnieść atrakcyjność książki, jednak autorka zrobiła to wyjątkowo nieumiejętnie. Po trzecie – Ann Lieckie kompletnie nie zaprzątała sobie głowy stworzeniem spójnego, barwnego świata przedstawionego. O postaciach wiemy tylko tyle, że ich płeć była trudna do rozpoznania, jednak nie mam pojęcia, co mogłoby powodować taki stan rzeczy. Wśród ludzi, nawet jeśli mężczyzna i kobieta ubierają się tak samo, można odróżnić, kto jest kim. Co więcej, chciałabym wiedzieć? Jak wyglądają krajobrazy? Architektura? Kultura? Zwyczaje? W jaki sposób powstają serwitory? Jak działają połączenia między nimi? W jaki sposób Lord Radch ma wiele ciał i wiele umysłów, pozostając jedną osobą? I dlaczego do jest lord, a nie lady, skoro do tej postaci, także używa się żeńskich form?

Po przebrnięciu przez około 1/3 książki zaczynało mi się czytać łatwiej. Rozumiałam, co się dzieje, a przeskakiwanie w czasie nie sprawiało mi już problemów, ale jak już pisałam, akcja nie przyspieszyła ani trochę.

Zabójczej sprawiedliwości nie polecam miłośnikom fascynujących światów, zapierających dech w piersiach opisach walk, czy intrygujących postaci. Natomiast świetnie się w niej odnajdzie ktoś, kto po fantastyce spodziewa się opisu picia herbatki. 2/10 - w końcu czytało się dość łatwo, jednak nie umiem znaleźć plusów tej pozycji.

Za możliwość zrecenzowania dziękuję portalowi DużeKa.

Książka bierze udział w:
1. Czytam Fantastykę IV

4 komentarze:

  1. Hahahahaha pięknie napisałaś, no pieknie. Boże, a ja już byłam gotowa to coś wziąć do czytania. Jak dobrze, że w porę odpuściłam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ktoś musi ostrzegać innych przed niektórymi książkami :)

      Usuń
  2. Już wiem po jaką książkę niestety w najbliższym czasie, a może i stety nie sięgnę :D Dzięki za ocalenie!

    OdpowiedzUsuń

Komentuj, krytykuj, chwal i piętnuj.A przede wszystkim się podpisz i nie wstawiaj linków. Na bank zajrzę, jeśli będę wiedziała do kogo.

Komentarze anonimowe, niekulturalne i zawierające spam będą usuwane.