Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

czwartek, 20 października 2016

Moich parę przemyśleń dotyczących „egzemplarzy bezpłatnych”.

Ostatnio na blogach toczy się dyskusja o tak zwanych „szczotkach”, czy też „egzemplarzach bezpłatnych” wysyłanych blogerom w ramach „współpracy”. O tym, dlaczego to ostatnie słowo jest w cudzysłowie, powiem później. Oczywiście komentarze pisałam, ale mam tak wiele do powiedzenia w tej kwestii, że postanowiłam napisać osobny wpis na blogu.

Jak widać, mój blog nie jest specjalnie poczytny. Jednak mam małą grupkę wiernych czytelników, dla których piszę. Dlatego też nie wychylam się i nie piszę do wydawnictw o książki, ponieważ odpowiedź byłaby taka:
Ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha. Nie.

Jednakże pewien większy portal poświęcony kulturze, rozpoczął ze mną współpracę. Chyba jednak po tym, jak piszę, widać że podstawówkę mam skończoną, a tekst szóstoklasisty zdałam na 98%! To jest coś. Gimnazjum ukończyłam z paskiem, a maturę... zdałam.

Jednak to nie o moich sukcesach naukowych miałam pisać. Chciałabym wtrącić parę groszy, odnośnie do traktowania blogerów przez wydawnictwa i innych blogerów właśnie.

Każdy, kto prowadzi bloga i wyprowadził go na szczyt, musi to kochać. Nie ma innej opcji. Stron o książkach są tysiące jak nie więcej. Aby wybić się w tego tłumu trzeba mieć: czas, pasję i pewne umiejętności. Zdolność poprawnego pisania nie wystarczy. Przydałaby się jeszcze lekkość wypowiedzi i staranność pisania. Nie ma nic gorszego niż blurb, parę cytatów i stwierdzeń typu: „fajna książka, polecam” odmienionych przez przypadki. Rozumiem, że wydawnictwa mają prawo wyboru, z kim będą współpracować i komu tym razem wyślą książkę. Nie mam co do tego zastrzeżeń. Ale jak się podejmuje czegoś, to trzeba grać fair.

Rozumiem także, że wydawnictwa mają ograniczony budżet na promocję. Druk to nie jedyny koszt związany z wydaniem książki. Nad pozycją musi pochylić się sztab grafików, korektorów, redaktorów no i sam autor. Czy też autorka. Jak wydawnictwo przetrwoni wszystko na reklamę, to nie zarobi. A zarobić chce każdy. Bloger także. Ale jak to? Otóż egzemplarz wysyłany blogerowi nie jest „darmówką”. To słowo pochodzi z pewnego wpisu, który natchnął mnie do napisania tego posta. To wynagrodzenie za wykonaną pracę.

Czym się różni reklama od darmowego wpisu na blogu, czy portalu? Gdy kupuję książkę, mogę ją nie zrecenzować, mogę ją oddać ubogim, zanim skończę, mogę też napisać „szkoda na tę pozycję czasu, nie kupujcie”. Ale gdy wydawnictwo wysyła mi egzemplarz, trzeba się spiąć, dokończyć, opisać dobre i złe strony, podkreślić styl autora, ewentualne błędy, poziom humoru... Ale współpraca nie może polegać, że praca blogera jest lekceważona! To współpraca, a nie staż! Gdy czytam, że bloger powinien cieszyć się, że cokolwiek dostanie, albo i nawet „być zaszczycony możliwością obcowania z książką” to mi się śmiać chce. Albo robi mi się smutno. Albo jedno i drugie. Muszę iść do psychiatry.

Tłumacząc inaczej: maluję ściany, bo chcę, wszystko kupuję, przyodziewam strój, oraz czapeczkę z gazety i sunę wałkiem po ścianie. Ale jeśli ktoś mi zleca odświeżenie ścian, to on kupuje materiały, sam robi czapeczkę i płaci za wykonaną pracę.
Albo mam lepszy przykład. Gdy piekę sobie chleb, to nabywam mąkę, drożdże, fartuszek, gdy piekę komuś – on musi wyłożyć pieniądze. Robię bochenek u siebie, ale produkt finalny nie jest dla mnie.
Przykładów można mnożyć a mnożyć.
W żaden sposób nie jest to „zaszczyt” dla kogokolwiek. Blogerzy w każdej branży wyznaczają trendy. To oni decydują, co się sprzedaje, a co nie. Są reklamą dla wydawnictwa, autora i samej książki. Jeśli przeczytam trzy wpisy, że powieść jest kiepska, to jej nie kupię, a ostatnio nabyłam parę pozycji, tylko dlatego, że była zachwalana na blogach.

Blogerzy piszący o książkach są tylko częścią wielkiej blogosfery w Internecie. Kobiety piszą o kosmetykach (ostatnio zdarzają się też mężczyźni), inni piszą o telefonach, czy strojach sportowych. Wyobrażacie sobie, że blogerka dostaje tusz bez szczotki, bloger komórkę bez aparatu a ktoś inny buty bez sznurówek? A przecież są blogi z recenzją rowerów, ubrań, komputerów... Niech więc niech wydawnictwa nie płaczą, że nie mogą poświęcić 30 zł na reklamę.

Portal, o którym wspomniałam, nie dostaje pieniędzy za promocję książki. Bloger nie dostaje grosza za reklamę. Rozumiem. Taka branża. Ale nie widzę powodu, aby nie nazywać książki wynagrodzeniem i traktować ją jak gratis. To, że blogerzy piszą rekomendacje i blurby za książkę, to już pominę milczeniem.

Najgorsze jest to, że to blogerzy zgadzają się na taki stan rzeczy. Czasem sobie pomarudzą na blogu, ale tak słówkiem nie pisną. A są tacy, którzy uważają, że doznają zaszczytu, gdy wydawnictwo raczy im szczotkę wysłać. I na takiego, który szanuje swoją pracę, znajdzie się dwóch, którzy za niepełny egzemplarz będą po stopach całować.

Wpis nie dotyczy egzemplarzy i e-książek przedpremierowych. Rozumiem, że pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Jednakże potem powinna nastąpić wysyłka egzemplarza finalnego.

4 komentarze:

  1. Dobra, boli mnie głowa i myślenie mnie wyśmiało, ale postaram się z sensem coś napisać.

    Masz racje, całkowitą. Fajnie jest gdy wydawnictwa nawiążą z nami współpracę, wyłapie pośród setki innych. Ale... Oni oczekują od nas przestrzegania pewnych zasad (ok, rozumiem o) tylko nas też powinno się cenić, bo poświęcamy swój czas. Robimy reklamę, polecamy. Więc chociaż książka powinna być dla nas wynagrodzeniem. Myślę, że dzięki blogerom i tak wydawnictwo zarabia, bo zwykły czytelnik sugeruje się opiniami blogerów, a nie krytyków.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ehhh dziwny jest ten książkowy ryneczek

    OdpowiedzUsuń

Komentuj, krytykuj, chwal i piętnuj.A przede wszystkim się podpisz i nie wstawiaj linków. Na bank zajrzę, jeśli będę wiedziała do kogo.

Komentarze anonimowe, niekulturalne i zawierające spam będą usuwane.