Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

sobota, 22 października 2016

Wybuchowa komedia Olgi Rudnickiej.

Są dwie polskie autorki, na których nowości czekam jak na mannę z nieba. Jedną z nich jest Olga Rudnicka. Pokochałam ją od pierwszego wejrzenia w „Diabli nadali”. Także na „Granat poproszę” oczekiwałam z niecierpliwością. Każda przedpremierowa recenzja tylko podsycała moją ochotę zagłębienia się w lekturę, zatem gdy listonosz przyniósł mi paczkę z najnowszą powieścią tej pisarki, natychmiast porzuciłam wszystko, co robiłam, czyli leżenie w łóżku i narzekanie na los niezależnych i samodzielnych kobiet podczas sezonu grypowego i zabrałam się za lekturę.


Poznajemy Emilię Przecinek, znaną i cenioną autorkę książek. Pisze romanse, umieszczając tam niebagatelne postacie. Przypadek? Idźmy dalej. Bohaterka ma dwoje nastoletnich dzieci, duży dom (i kredyt hipoteczny), oraz męża... Może nie wszystko, bo małżonek przez telefon oznajmił Emilii, że od dłuższego czasu ją zdradzał, zamierza spędzić z kochanką resztę życia, a potem rozłączył się i wyłączył komórkę. W pierwszym odruchu kobieta się najadła pizzy i upiła do nieprzytomności. Czyli zrobiła to, co robią porzucone nieszczęśnice, gdy życie im się rozpada. Ponieważ jej dzieci nie miały doświadczenia z pijanymi rodzinami, zadzwoniły po agentkę matki. Niespodziewanie pojawiają się matki (jeszcze) małżonków. Każda z nich osobno stanowią jednoosobową burzę. Obie naraz to huragan niszczący miasta. Daleko im do starowinek zajmujących kolejki do lekarzy. To pełne werwy kobiety, silne i głośne. Bohaterka za namową najbliższych zabezpieczyła byt swój i rodziny, zrezygnowała z zemsty i postanowiła zbudować siebie na nową. Zapisała się na fitness, zaczęła jeść niedobre (znaczy zdrowe) posiłki oraz zadbać o rozwój kariery pisarskiej.

Jej oczom ukazał się tyłek Emilii w szarych dresach i gołe stopy, które aż się prosiły o pedikiur. Dziwne posapywanie, połączone z poświstywaniem musiało być chrapaniem. Wieśka sama miała ten problem, ale czegoś tak obrzydliwego jeszcze nie słyszała. Podeszła bliżej i skrzywiła się z niesmakiem. Strużka śliny wypływająca z ust jej ulubionej autorki co pewien czas zmieniała się w bańkę, która pękała z ohydnym plaśnięciem. Plaśnięcia, rzecz jasna, nie było słychać, ale Wieśka słyszała je równie dobrze, jak stukot odnóży pająków, których się śmiertelnie bała.

Niestety, nie wszystko szło, jak powinno. Przed ważnym występem w telewizji fryzjerka zrobiła jej jesień średniowiecza na głowie, książka nie chce się pisać, bank domaga się spłaty kredytu, a kochanka męża zostaje zamordowana, w czasie gdy spała sobie w samochodzie po jednoosobowej randce.

Do domu wprowadzają się matka i teściowa. Nie wiadomo kiedy są gorsze. Gdy się kłócą, czy przyjaźnią...

- Chyba myślą, że matka ją zabiła – wyjaśniła Adela.
Policjanci wymienili spojrzenia. Staruszki były całkiem bystre i niewykluczone, że robiły ich w konia.
- Mama?! - Kropeczek był niebotycznie zdumiony – Nigdy w życiu!
- Jesteś tego bardzo pewien, chłopcze – zwrócił się do niego Żukowski.
- Oczywiście, przecież to moja mama. Na waszym miejscu podejrzewałbym babcię i babcię. W tym domu tylko one są zdolne do przemocy – wyjaśnił chłopak.
Obie panie aż zaniemówiły z oburzenia.
- Sorki babciu. I babciu. Taka prawda – Wzruszył ramionami i ponownie odwrócił się do funkcjonariuszy. - Jak to się stało?
- Potrącenie. Kierowca uciekł z miejsca wypadku.
- W takim razie to nie babcie. Nie mają prawa jazdy, więc potrąciłyby ją co najwyżej rowerem, gdyby któraś z nich umiała jeździć [...].

Olga Rudnicka stworzyła powieść, gdzie prym wiodą kobiety. Różne, głośne, bardziej i mniej zaradne. W różnym wieku. Mężczyźni, którzy się pojawiają, albo są (jak syn bohaterki), tracą całą pewność siebie, przygnieceni charakterkami. Głównie starszych pań. Dość często w pozycjach tego typu znajdują się starsze kobiety, które potrafią przegadać niejednego. Zawsze mnie zadziwia z jaką oryginalnością można tworzyć takie postacie. Zawsze, gdy pojawiają się na scenie, wzbudzają salwy śmiechu. Ciekawi mnie też chęć tworzenia despotycznych, umiejących uprzykrzyć życie matek.

Rudnicka potrafi stworzyć plejadę różnobarwnych postaci, zabawne dialogi, żarty sytuacje po mistrzowsku, ale to, co mi się najbardziej rzuca w oczy, jest lojalność. Autorka tworzy bohaterów z temperamentami, często apodyktycznych i upartych, jednakże w kłopotach, jak to rodzina, stają za sobą murem. Są gotowi bronić do ostatniej kropli krwi, tych których kochają. Na zasadzie „ja tylko mogę bić mojego brata”.

Wprawdzie u Rudnickiej pojawiają się trupy, porwania, porwanie dla okupu, miliardowy haracz, ale nie to napędza akcję powieści. To dynamiczne, dowcipne dialogi pchają całą powieść do przodu. Większość wydarzeń ma miejsce w domu bohaterów, przy stole, czy w salonie, ale wcale nie ma się wrażenia stania w miejscu. Całą książkę czyta się jednym tchem, ciężko się od niej oderwać.

Polecam ją każdemu, kto chciałby ogrzać serce i duszę podczas coraz ciemniejszych i zimniejszych wieczorów. Gwarantuję świetną zabawę i dużo śmiechu. 9/10

Za możliwość przeczytani książki dziękuję portalowi DużeKa, oraz wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentuj, krytykuj, chwal i piętnuj.A przede wszystkim się podpisz i nie wstawiaj linków. Na bank zajrzę, jeśli będę wiedziała do kogo.

Komentarze anonimowe, niekulturalne i zawierające spam będą usuwane.