Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

środa, 28 grudnia 2016

Terry Pratchett. Życie i praca z magią w tle.

Dzieją się dziwne rzeczy, gdy człowiek czyta w pociągu powieści Terry'ego Pratchetta. Ludzie pochylają się, żeby obejrzeć okładkę, a potem mówią: „Czytałem to”, co jest naprawdę irytujące. Nawet konduktor tak do mnie powiedział.
Myślę, że Terry’ego Pratchetta nie trzeba przedstawiać. Nie każdy zna jego twórczość, ale słyszeli o nim niemal wszyscy. Można go lubić, można nie przepadać za jego prozą, ale inteligencji, błyskotliwego dowcipu, nieograniczonej wyobraźni odmówić mu nie sposób. Pratchett był jednym z najbardziej płodnych artystów. Jego utwory zostały przetłumaczone na prawie czterdzieści języków. Wielu uważa, że są one obowiązkowe dla każdego miłośnika fantastyki.

Z tego powodu biografii oraz książek opisujących twórczość Pratchetta jest całe zatrzęsienie. Sporo powstało przed śmiercią artysty, tak jak pozycja, którą trzymam w ręku. Byłam zainteresowana, jaką osobowość skrywa jeden z moich ukochanych artystów. Craig Cabell postanowił przybliżyć nam sylwetkę tego autora.

Słów kilka o okładce. Jest źle. Bardzo źle. Bardziej przypomina pracę ucznia gimnazjum niż profesjonalnego grafika. Nie będę tutaj się nad nią znęcać, ale gdybym miała wybierać między paroma biografiami Pratchetta, to po tę bym nie sięgnęła. Druga kwestia – tłumaczenie tytułu. Uważam, że wierne byłoby lepsze niż polska wariacja. Kompletnie mi nie pasuje do tej książki.
Terry Pratchett. Życie i praca z magią w tle nie jest nieoficjalną biografią, nie jest przewodnikiem po Świecie Dysku. Jest hołdem dla człowieka, który sprzedał siedemdziesiąt milionów egzemplarzy swoich książek, przetłumaczonych na trzydzieści osiem języków, i który udowodnił, że ma wielkie serce, jeszcze zanim zachorował. Jest to również książka wyrażająca podziw dla pisarza fantasy, którego dusza żyje w świecie rzeczywistym, i to właśnie czyni go popularnym – potrafi skłonić czytelników do empatii wobec jego świata i z prawdziwego świata wokół nich.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Co się stanie jak nacisnę ten wielki, czerwony przycisk z napisem „nie dotykać”?

Nie tak dawno czytałam debiut Randalla Munroe „What if? A co gdyby?” Książka równie mądra co komiczna. Po przeczytaniu tamtej pozycji nabrałam ochotę na więcej, zatem gdy premierę miał „Tłumacz rzeczy” wiedziałam, że muszę go mieć. I mam.

Co o autorze mówi książka?
„Randall Munroe jest autorem „What if? A co gdyby?” - pierwszej pozycji na liście bestsellerów New York Timesa – naukowego bloga z pytaniami oraz odpowiedziami „What if” i popularnego komiksu internetowego „xkcd”. Autor był robotykiem w NASA, ale w 2006 roku odszedł z Agencji Kosmicznej, żeby zawodowo poświęcić się rysowaniu komiksów w internecie, by utrzymywać się ze sprzedaży koszulek, grafik, plakatów i książek „xkcd”. Lubi kolacje przy świecach i długie, a nawet bardzo długie spacery plażą. Mnóstwo ludzi twierdzi, że lubi długie spacery, ale kiedy tylko wyjdą na plażę, po ledwie godzinie czy dwu narzekają, że łapie ich zmęczenie. Powinni zabrać namiot. Randall Munroe mieszka w Massachusetts”.
Coś w tym jest, prawda?

środa, 21 grudnia 2016

Czy Ty możesz zostać czyimś aniołem?

Święta to magiczny czas: choinka, prezenty, pierniczki... Co ja pierniczę? Magiczny czas był, jak byłam mała. Teraz dla mnie oznacza... Nic. Od dawna nie spędzam świąt z rodziną. I choć samotna, choć ateistka, uwielbiam ciepłe światło, herbatki z cynamonem, zapach pierniczków i mandarynki. Kocham też opowieści pełne magii, ciepła i uśmiechu. Za filmami nie przepadam, na „Kevina” mam alergię, ale książka to co innego. Kocham też prozę Magdaleny Kordel. Zatem gdy pojawił się tytuł „Anioł do wynajęcia”, nie wahałam się ani chwili.

Poznajemy Michalinę. Młodą (ale pełnoletnią) dziewczynę. Błąka się ze swoim pakunkiem przez śnieg i zimnicę w niemal letnim ubraniu. Spotyka na swojej drodze ludzi życzliwych i tych niekoniecznie. Różni się od „typowej bezdomnej”. Nie pije, nie jest leniwa, ani chora. Co skłoniło osobę, która ma przed sobą całe życie do tułaczki?

niedziela, 18 grudnia 2016

Miłość nie zawsze oznacza to samo.

Kryminały uwielbiam, od kiedy pamiętam. Z thrillerami znam się od niedawna, ale także wiem, że je kocham. Co w nich mnie przyciąga? Zagadka, napięcie, czasem poczucie humoru, wartka akcja. Gdy sięgałam po „Zabójcę z sąsiedztwa”, nastawiałam się na thriller. Teraz nie mam pojęcia jak określić tę powieść.

Alex Marwood jest znana dzięki jej debiutowi „Dziewczyny, które zabiły Cloe”. Książki nie czytałam i nie wiem do końca, czy chcę. Alex zawodu jest dziennikarką. Jej obie powieści zdobyły wiele nagród literackich. Zewsząd napływają opinię i recenzję zachwyconych czytelników. Tylko ja jakoś tak niezadowolona jestem.

Na początku pojawia się scena przesłuchania młodej dziewczyny w związku z morderstwami. Dziewczyna jest oszołomiona, wstrząśnięta, ale i obrażona. Jak to nastolatka pod kuratelą opieki społecznej. Potem widzimy, jak doszło do wydarzeń z pierwszego rozdziału. Poznajemy Kamienicznika oraz lokatorów jego kamienicy. Dzielnica nie jest najlepsza. Warunki mieszkaniowe także. Ale wbrew pozorom to najlepsze miejsce do zamieszkania dla pewnej grupy ludzi. Uciekinierów, tych co mają coś do ukrycia. Jedynie się wyróżnia Vesta. Starsza kobieta, która ma prawo zajmować mieszkanie dożywotnio za stały czynsz. Tę kobietę polubiłam. Odgrywała rolę babci, do której można przyjść z problemami, wyżalić się i poprosić o radę. Nie pytała, nie oceniała, pomogła. A mieszkańcy potrzebowali czasem zrzucić ciężar z serca. Jednakże główną bohaterką jest Colette vel Lisa. Widziała to, czego nie powinna i wie, że ci ludzie nie odpuszczą.

wtorek, 13 grudnia 2016

Dziś troszkę młodzieżówki.

Ten wpis będzie dotyczył całej serii. Uwaga! Może zawierać śladowe ilości spojlerów!

Chciałam przeczytać coś innego. Coś, czego jeszcze nie czytałam. Lubię poszerzać swoje czytelnicze horyzonty, zaskakiwać się tym, co skrywają omijane przeze mnie gatunki. Czasem jednak utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze robię, trzymając się swoich granic. Jak jest tym razem?

Główna bohaterką jest Mara. Introwertyczna dziewczyna. Leczy się psychiatrycznie po traumatycznych wydarzeniach. Jej dwie przyjaciółki i chłopak giną w tragicznym wypadku. Dziewczyna nic nie pamięta, widzi zmarłych, zaczynają się dziać niewiarygodne i przerażające rzeczy. Czy umysł dziewczyny pochłania choroba? Czy może ona ufać swoim zmysłom?

Nic dziwnego, że dziewczyna wyprowadza się ze swojego miasta z rodziną i zaczyna nowe życie. Nowa szkoła, nowi przyjaciele... Od pierwszych dni bohaterkę podrywa największe ciacho w szkole. Dziewczęta na jego widok dosłownie szaleją. Głównie jego zdobycze. Ma opinię zimnego drania. Wykorzystać i rzucić. Więc oczywiście, że musiał zwrócić uwagę na szarą mysz. Nową, nieśmiałą dziewczynę. A ona za każdym razem warczy na niego, o tym, jak bardzo ma go gdzieś, jak bardzo go nienawidzi i jak bardzo ma spadać. Nie zrozumiałam antypatii bohaterki. Jakby autorka nie wiedziała jak wsadzić w książkę motyw „od nienawiści do miłości”. Na szczęście szybko ich relacja robi się znośna. Uwielbiałam ich dialogi, przekomarzania, lekkie dogryzanie. Niestety ich miłość była napędem całej akcji. Uwielbiam thrillery, te paranormalne też, ale nie wtedy gdy wielka, głęboka, niebezpieczna miłość jest na pierwszym planie.

niedziela, 11 grudnia 2016

Magiczna kolorowanka.

Tak, mamy czasy, gdy stare baby i chłopy siadają z kredkami, farbkami, mazakami i wypełniają czarne kontury kolorami. Obecnie można zauważyć trend na kolorowanie. „Kolorowanki antystresowe”, „kolorowanki dla dorosłych”... mówi się o nich różnie. Docenia się ich wartości terapeutyczne, to jest łagodzenie stresu, uspokojenie myśli i ciała. Albo po prostu twórcze zajęcie dla dorosłych. Użytkownicy są różni. Jedni stawiają na wierne odwzorowanie kolorów postaci, zwierząt i roślin, inni tworzą magiczne, przepiękne obrazy. A są ludzie jak ja. Nie przejmuje się za bardzo, jak koloruje i jak dobieram kolory. Chcę się odprężyć. Poza tym artystką nie jestem.
Jestem jednak niezwykle wybredna, także przy wyborze kolorowanek. Otóż moim zdaniem, kolorowanka jest średnia. Dlaczego?

sobota, 3 grudnia 2016

To chyba już było, czyli znany thriller po polsku.

Nie tam dawno zapoznałam się z debiutem Pauli Hawkins. Co o niej sądzę, możecie przeczytać w moim wpisie. Moja ulubiona polska autorka, Agata Przybyłek, poleciła mi inną książkę dość podobną, za to ponoć lepszą. Zabrałam się zatem za „Idealną” Stachuli.

Kogo tutaj mamy? Małżeństwo. Adam i Anita. Poznali się, zakochali, wzięli ślub i zamieszkali razem. Jednakże nic tych ludzi już nie łączy... To za mało powiedziane. Nie mogą na siebie patrzeć, nie rozmawiają ze sobą i niemal nie sypiają. Kobieta ma marzenie, aby być matką. Przerodziło się to w obsesję. Pracuje ona w domu i jej jedyną rozrywką jest podglądanie ludzi przez internetowe kamerki umiejscowione na całym świecie. Jej ulubionym miastem jest Praga, a ulubionym człowiekiem mężczyzna, którego nazwała „Zo”. Obserwuje jego i jego dziewczynę. Gdy nie może się z nim „spotkać” jest zaniepokojona. Dla niej rytuał podglądania jest najważniejszą częścią dnia. Po pewnym czasie zauważa, że ktoś podrzuca jej rzeczy, które nie należą do niej, zabija jej kota, wpuszcza szczury, których panicznie się boi. Jej mąż podejrzewa, że coś niedobrego zaczyna się dziać w głowie Anity. Czy ma rację? Kto jest jej wrogiem?