Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Wierzysz w cuda?

Pisanie bloga niesie konkretne korzyści. Pierwszym i największym plusem jest poznawanie ludzi, którzy mają podobne zainteresowania do moich. Drugim jest to, że jak sięgam po kontynuację serii, mogę sobie odświeżyć informacje i odczucia dotyczące poprzednich tomów. Na moją pamięć nie mam co liczyć, w szczególności, gdy przerwa w czytaniu serii trwa ponad rok. Tak jest właśnie w tym przypadku. Książkę „Uroczysko” czytałam w październiku 2015 roku. Dawno temu prawda? To było moje pierwsze spotkanie z prozą Magdaleny Kordel i wtedy już zakochałam się w mieszkańcach Malowniczego, w Mai, jej córce, Czarku, Florianie i całej ferajnie.
Nie ma niczego smutniejszego niż grudzień, który wygląda jak listopad. Może dlatego, że sam listopad wystarcza, by człowieka przygnębić na amen. Dawniej grudnie były bardziej przyzwoite. Zaczynały się przymrozkami, szronem i niewielkimi opadami śniegu, który przykrywał przemielone z błotem liście i otulał świat wyciszającą warstwą. Leontyna przepadała za pierwszym śniegiem i ciszą, którą ze sobą przynosił. Dawniej, bo w ostatnich latach świat zwariował, a wraz z nim pogoda straciła na przyzwoitości. Nie można było polegać na miesiącach ani porach roku.
Maka poskładała sobie życie i wyszła na prostą. W jej pensjonacie co rusz ktoś się melduje, ma stabilną pracę, odchorowała sprawę z byłym mężem. Oczywiście nie jest całkiem różowo: córka, jak to nastolatka, się buntuje, szefowa skutecznie jej zatruwa życie, pensjonat nie przynosi odpowiednich zysków i jeszcze na głowę zwala się przyjaciółka z dawnych lat, która pragnie się wyszaleć... i jeszcze afera „Szopkagate”.
Szepnęłam do Helenki, że za te kłamstwa usmażymy się w piekle jak skwarki.
- Nawet jeżeli, będziemy skwierczeć w dobrym towarzystwie – odszepnęła mi optymistka Helenka [...]
.”
Maja nie ma złego życia. Jest otoczona serdecznością i miłością bliskich. Idealnie wpasowała się w społeczność Malowniczego. Bohaterka postanawia się rozejrzeć wśród mieszkańców i pomóc tym, którzy nie mieli takiego szczęścia. W związku z tym u siebie organizuje Wigilię dla osób samotnych, pomaga samotnej matce stanąć na nogi... Wspiera ją w tym proboszcz, który jest dobrym duchem miasteczka, ojciec jednego z uczniów, oraz wiele życzliwych osób. Malownicze to mała społeczność, która przejmuje się losem współmieszkańców. Kojące jest to, że jeśli nowoprzybyły wejdzie do społeczności, może liczyć na pomoc w trudnych chwilach. Ciekawe, czy rzeczywiście są takie miasteczka.
W tym momencie stało się ze mną coś dziwnego. Oczami wyobraźni ujrzałam księdza, który niczym skrzyżowanie Kung Fu Pandy z jakimś innym Bruce'em Lee pięknym wyskokiem pokonuje płot, przy czym, łopocząc sutanną, robi jeszcze kilka sztuk rodem z Matriksa. I, nie wiedzieć czemu, to wszystko rozbawiło mnie do tego stopnia, że po kilku nieudanych próbach odzyskania powagi poddałam się i zaniosłam się niepohamowanym śmiechem.
Zgadzam się z zarzutami dotyczącymi książki. Że jest przesłodzona, różowa, mdła, nierealna. Ale czasem mam wrażenie, że potrzebujemy czegoś, co sprawi, że Święta staną się magicznym czasem, przypomnienia, że Święty Mikołaj istnieje w nas, tylko trzeba go obudzić, zapewnienia, że cuda się zdarzają, tylko trzeba im pomóc. Może nawet wstrząsu, abyśmy przystanęli w wyścigu o lepsze, bogatsze życie dla siebie i rozejrzeli się. Może ktoś potrzebuje pomocy? Może sąsiadki dzieciaki nie mają butów, a nasze latorośle wyrosły ze swoich? Może starszej pani z klatki obok przydałaby się miska ciepłej zupy? Trzeba czasem przypomnieć ludziom, że życzliwość nic nas nie kosztuje.
Dopiero po chwili, gdy moje serce zaczęło bić względnie normalnym rytmem, dotarło do mnie, że zrobiłam z siebie koncertową idiotkę. I to, że nie był to bynajmniej pierwszy raz i zapewne nie ostatni, wcale nie działało na mnie kojąco.
Jak napisałam, lubię prozę Kordel. Pisze ona prosto, trafiając do serca. Traktuje o problemach, marzeniach i radościach, które są w każdym z nas. Myślę, że wiele osób może utożsamiać się bohaterami, zawiązać nić porozumienia. W to wszystko wplata tony niewymuszonego, szczerego (choć czasem absurdalnego) humoru. Jest idealną książką na wieczory, na bolączki, na smutki. Gdy potrzeba kobiecego wsparcia. Słyszałam takie określenie jak „odmóżdżacz”, choć ja wolę mówić o „poprawiaczach nastroju”. Tutaj mam właściwie jeden zarzut. Jak na mój gust postacie są za mało wyraźne. Słabo zarysowane, jednowymiarowe, za bardzo trzymały się z góry narzuconych ról. Absolutnie niczym mnie nie zaskoczyły, nie zaciekawiły. Niby nie przeszkadzało to tak bardzo, ale gdzieś z tyłu głowy pojawiło się delikatne znudzenie bohaterami. I ja chcę więcej Miecia! Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej. 7/10

Wpis powstał we współpracy z portalem Papierowy Pies, oraz wydawnictwem Znak (źródło okładki).

6 komentarzy:

  1. Bardzo lubię powieści Magdaleny Kordel :) "Sezon na cuda" oczywiście już za mną i wyczekuję wznowienia kolejnego tomu z tej serii :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także czekam na kolejną część. A skoro zaczełam zbierać w nowym wydaniu, to już pociągnę :P

      Usuń
  2. Proza autorki nadal przede mną, ale czuję, że tak trafiający do serca ton z pewnością i mi by się spodobał. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam zacząć od "Uroczyska", to drugi tom dopiero. Ale zachęcam do sięgnięcia po prozę tej autorki.

      Usuń
  3. Kocham. <3 Tylko za mało Miecia było, a on taki fajny.

    OdpowiedzUsuń

Komentuj, krytykuj, chwal i piętnuj.A przede wszystkim się podpisz i nie wstawiaj linków. Na bank zajrzę, jeśli będę wiedziała do kogo.

Komentarze anonimowe, niekulturalne i zawierające spam będą usuwane.