Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

czwartek, 2 marca 2017

Grzędowicz po raz trzeci.



I znów wracamy do „Pana Lodowego Ogrodu”. Nie powiem, aby się wyjaśniło, dlaczego książka się tak nazywa. Mogę powiedzieć tylko tyle, że bohaterowie dotrą do tytułowego miejsca. To wyspa. Tam zawiezie ich lodowy statek, którym nauczył się sterować Vuko. Myślał, że to van Dyken chce go ściągnąć i zabić. Nieco się zdziwi.
Wyskoczyli za burtę, ktoś poślizgnął się na oblodzonych deskach pomostu.
- Co teraz? - zapytał Spalle, kiedy stali już na brzegu.
- Teraz będzie próbował odtajać i wyleźć, jak powiedział – zauważył Warfir, zapinając ciężki pas.
- To dobrze, bo tamci wszyscy z widłami i hołoblami strasznie się spieszą, żeby nas powitać. [...]
Spalle przesadził. Tłum biegnący do drakkara rzeczywiście wyposażył się w widły i siekiery, ale z każdym krokiem coraz mniej był tłumem i coraz mniej biegł.
W pobliże pomostu podeszło zaledwie pięciu ludzi i to ostrożnym krokiem.
Filar też nie ma za lekko. Bez Brusa, zdany na siebie i wiernych ludzi, których poznał całkiem niedawno. Mimo że jest chłopcem jeszcze, musi zacząć podejmować męskie decyzje. Zdaje sobie sprawę, że od niego zależy życiu mężczyzn, którzy my towarzyszą. Daje się pojmać jako niewolnik. Tak, przyszły cesarz kładzie się obok soli i innych towarów jako rzecz, którą można kupić.

O ile pierwszy tom przyjęłam niemal bezkrytycznie, tak z każdą przewracaną stroną pojawiały się czasem zgrzyty. Pierwszym z nich są rozmowy głównego bohatera w obcych językach. Zdaje się gadał z Cyfral (i z samym sobą) po chorwacku i fińsku. Irytowało mnie to niesamowicie, głównie ze względu braku słowniczków i przypisów. Problemy zaczęły się już w tomie drugim, to prawda, ale im więcej widzę wtrąceń, tym bardziej mnie to wkurza. Nie siedzę z książką przy Internecie, aby na bieżąco sprawdzać tłumaczenia. Słowników przy sobie nie mam tym bardziej. Oczywiście główny bohater wplatał w wypowiedzi także polskie słowa. Z oczywistych względów, nie było to widoczne w tekście, ale zdarzało się, że tubylcy pytali się go o znaczenia takowych. To już mi nie przeszkadzało.

Druga wada? W baaaardzo krótkim czasie Vuko z siebie i tubylców zrobił maszyny do zabijania. Ja oczywiście rozumiem, że w tym świecie bez oręża jak bez ręki, ale czym innym jest wymachiwanie mieczykiem a czym innym grupa bezbłędnych ninja. Może się czepiam, nie wiem.
Wypijam ostrożny łyk i przez ułamek sekundy mam w ustach supernową niepasujących do siebie smaków. W nosie przypalona kawa zbożowa, kwas chlebowy i guinness, w ustach syrop na kaszel, bita śmietana, terpentyna, szare mydło i zgniłe mango. Przełykam i postanawiam dolać wody. Odbija mi się jakby bananem ze śledziami. Biorąc pod uwagę to, co piłem tu dotychczas, zupełnie niezłe.
Troszkę drażnił mnie też Vuko, który po każdej akcji umierał. Nie lubie tego motywu ogólnie. Bohater daje z siebie wszystko, aby ostatecznie zawisnąć na granicy między „jeszcze oddycha”, a „poszukamy miejsca na grób”. Te wszystkie minusy, o których pisałam ani na moment nie przeszkodziło mi czerpać przyjemności z obcowania z książką. Kocham styl Grzędowicza, sposób budowania akcji, a przede wszystkim – doskonały humor. Nie wciśnięty na siłę, swobodny i pasujący do sytuacji. Stanowi on dobrą przeciwwagę dla okropności Midgaardu. Swoją drogą mam wrażenie, że autor tutaj odpuścił. Pojawiły się jakieś koszmary, trochę magii, ale w porównaniu do drugiego tomu to był pikuś.
A Benkej siedział.
Po jakimś czasie, który wydał mi się całą epoką, kiedy stopu zamarzły mi w filcowych butach, powoli wyjął zza paska kilka długich kawałków suszonego mięsa, połamał i rozrzucił wokół siebie. Wierzchowce szybko znalazły je i pożarły, a po kolejnym strasznie długim czasie, kiedy zacząłem już się starzeć, obwąchiwały go ostrożnie.
Parę zdań o głównych bohaterach. Lubie patrzeć jak Filar się rozwija, dorośleje. Jak zmieniają go przygody. Gdy uciekali z pałacu z Brusem, był nic nierozumiejącym chłopcem. Sam by nie przeżył nawet dnia. A teraz jest odpowiedzialny za siebie i innych. Dojrzewa do funkcji, którą mu wyznaczył los.

Vuko za to chyba stanął w miejscu. W drugim tomie sporo posunął się do przodu w rozumieniu tego, co się w wokół niego dzieje i we władaniu magia. Teraz po prostu robi swoje. Pierwsza część należała do Ziemianina, druga raczej do Następcy Tygrysiego Tronu, a tutaj mężczyźni dzielą się książka sprawiedliwie.

To naturalne, że następne tomy nie będą takie świetne jak pierwszy. Mam wrażenie, że zawsze tak jest. Nie chodzi nawet o spadek formy autora. Po prostu cześć pierwsza, to było coś nowego, odkrywczego, czym się zachłystywałam. Potem przestało być tak niezwykłe, chociaż w dalszym ciągu te książki mnie tak wciągają, że nie ma mnie dla świata. 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentuj, krytykuj, chwal i piętnuj.A przede wszystkim się podpisz i nie wstawiaj linków. Na bank zajrzę, jeśli będę wiedziała do kogo.

Komentarze anonimowe, niekulturalne i zawierające spam będą usuwane.