Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

sobota, 29 kwietnia 2017

Czy ja przeczytałam kryminał?

Nie czytałam żadnej powieści Iwony Wilmowskiej. Zaczęła ona pisanie od książek dla dzieci i młodzieży. To już drugi kryminał autorki. Lubię poznawać nowych twórców, odkrywać nieznane, a że okładka całkiem przyjemnie się prezentuje, to postanowiłam się zapoznać z tą pozycją. Bohaterowie, z którymi miałam okazję się spotkać, pojawili się w poprzedniej książce „Tajemnice Leokadii”. Nie wiem, czemu nie ma mowy tutaj o serii i czemu w blurbie nie ma takiej informacji. Według mnie jest ona dość istotna. Ale nie wiem, może się czepiam.

Agata mimowolnie staje się uczestnikiem tragedii – młoda kobieta ginie pod kołami samochodu. Wszystko wskazuje na to, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, a dokładnie zaplanowane zabójstwo. Sprawa komplikuje się, kiedy na jaw wychodzą dawne powiązania chłopaka Agaty i jego rodziny z ofiarą. Czy to możliwe, aby wydarzenia sprzed ponad dwudziestu lat miały związek z morderstwem?
Przed kobietą bardzo trudny weekend, pełen odkryć, nieoczekiwanych spotkań i niespodzianek zapowiadających wielkie zmiany w jej życiu.
” – opis wydawcy.
Troszkę ten opis zakłamuje rzeczywistość. Pozwólcie, że wyprostuję. Agata nie uczestniczyła w wypadku, sprawę wcale nie komplikuje znajomość partnera bohaterki, wręcz przeciwnie, ułatwia. I nie zauważyłam specjalnych niespodziewanych spotkań i wielkich zmian w życiu.

Lidia śpieszy się do pracy. Jest na okresie próbnym, miała przyjść wcześniej, ale ostatecznie się spóźnia. Parę kroków od pracy na przejściu dla pieszych zostaje przejechana przez samochód. Zachowanie kierowcy wskazuje na celowość działania. Tutaj człowiek się zastanawia, czy morderca wiedział, że ofiara będzie tędy szła, czy to psychopata, który zabił przypadkową osobę. Szybko się okazuje, że zmarła jest znajomą chłopaka Agaty. Sama bohaterka nie może się powstrzymać przed przeprowadzeniem własnego śledztwa.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Gdzie znów wywiało Rincewinda?

Już się przekonałam, że książki autorstwa Terry'ego Pratchetta potrafią umilić każdy dzień. Często słucham audiobooków podczas chodzenia z kijkami, czy zwykłych spacerów. Słońca jeszcze mamy niewiele, ale było parę całkiem przyjemnych dni, podczas których szkoda było siedzieć w domu. To była idealna chwila, aby przenieść na odtwarzacz mp3 posiadają płytę „Ostatni kontynent”, czytaną przez Ireneusza Załuga. Z tym panem się jeszcze nie spotkałam. Z tego, co mi wiadomo, czytał „Ciekawe czasy”.

W powieści przeplatają się dwie historie. Głównym wątkiem jest przygoda Rincewinda, który został wysłany nie wiadomo gdzie. Znajduje się na pustynnym kontynencie. Zajmuje się tam na ogół przetrwaniem i staraniem się nie wpaść w kłopoty. Kto czytał poprzednie książki z serii o tym magu, wie, że to jest niemożliwie. Wiele razy będzie musiał uciekać przed niebezpieczeństwami, kogoś tam pokona (przypadkiem)... będzie musiał też uratować cały kontynent. Nie, aby chciał. Robił wszystko, aby tego nie zrobić. Czy mu się uda?
– Wspominają o IksIksIksIks w „Wężach wszystkich narodów” Wrenchera – poinformował kierownik studiów nieokreślonych. – Jest tu napisane, że na kontynencie żyje bardzo niewiele jadowitych węży... O, jest też przypis. – Przesunął palec w dół stronicy. – Piszą: 'Większość z nich została wybita przez pająki'. Dziwne, doprawdy...

piątek, 21 kwietnia 2017

Na skraju strefy część pierwsza.

Jak już kiedyś pisałam, wydawnictwo Fabryka Słów kojarzy mi się głównie z fantastyką. Ich najbardziej znanym cyklem jest Fabryczna Zona. Skupia ona powieści z tematyki postapokaliptycznej. Wiecie, stalkerzy, mutanty, walki, promieniowanie, bandyci i tym podobne. Znikoma ilość romantyzmu, za to dość dużo brutalności i krwi. Mnie nie trzeba dwa razy namawiać.

Ten cykl jest podzielony na grupy tematyczne jak „S.T.A.L.K.E.R.”, z którym dziś mamy do czynienia. Powieści w ramach tych grup są ze sobą luźno powiązane (tutaj chodzi o grę), choć zdarzają się serie, tak ja przy omawianej powieści.

Dmitrij Petrenka jest żołnierzem. Służy w kompanii karnej gdzieś na końcu świata. Nie jest może to praca marzeń, ale w gruncie rzeczy nie jest aż tak źle. Służba jest dość spokojna. Czasem się ubije jakieś mutanta, który za blisko się zbliży, jednak większość żołnierzy pije i bliżej poznaje płeć przeciwną. Niby nie wolno, ale kto się tam by przejmował. Życie naszego bohatera się zmienia, gdy odkrywa zwłoki swojego przełożonego.

W wojsku Dmitrij się dowiedział, że w Zonie nikt nie mieszka, można trafić tylko na mutanty. Właściwie nikt nie badał porządnie tej strefy. Bohater nawet nie zdaje sobie sprawy, jak szybko będzie musiał nauczyć się tam przeżyć.

Na początku w książce nic się nie dzieje. Dopiero po jakimś czasie akcja wzbiera niczym strumyk, który zamienia się w rzekę. Powiem szczerze, że odradzałabym czytanie po nocach, jeśli macie słabe nerwy. Może nie możemy powiedzieć o horrorze, ale czuło się lekką grozę. Zmutowany Barszcz Sosnowskiego śnił mi się po nocach.

środa, 19 kwietnia 2017

Ciąg dalszy przygód Andrew.

Andrew ukończył pięcioletnią służbę i zaciągnął się jeszcze raz. Pracował za pomocą technologii, po broń sięgał niezbyt często. Głównie był wysyłany do wojny z Dryblasami. Ludzie nie byli w stanie obronić przed nimi swoich kolonii, więc niszczyli całą planetę łącznie z najeźdźcami. Skoro my nie możemy utrzymać swoim ziem, to nikt ich nie będzie miał.
Jednak nie zaciągnąłem się na nowo dla pieniędzy, ale dlatego, że nie wiedziałem, czym innym mógłbym się zająć. Wszystkie mój fachowe umiejętności związane były z rozmaitymi metodami zabijania oraz z tajnymi systemami sieci neuronowych, raczej niezbyt przydatnymi w cywilnym świecie. Nie za bardzo miałem ochotę wrócić na Ziemię i zając mieszkanie komunalne, w którym mieszkałbym do szybkiej śmierci
Podczas czytania tej części czułam pewien niedosyt. Pierwsza połowa była zwyczajnie nudna. Jak pisałam, bohater zajmował się głównie obsługą sprzętu, więc większość „akcji” polegała na rozmowach przez radio, czasem została rzucona atomówka, ale ogólnie emocje jak na grzybach. Zdarzył się także wypadek, który wzbudził obawę o życie głównego bohatera. A raczej wzbudziłby, gdyby nie to, że oczekiwałam PRZYPADKU, dzięki któremu Andrew wyjdzie z tego bez szwanku. No i była taka losowa sytuacja. Na szczęście ostatnia w tej powieści.

Przeszkadzało mi więcej rzeczy. Bohaterowie, a raczej ich brak. W pierwszej połowie niby ktoś tam się przewinął, ale ci ludzie byli tak nieistotni, że nie warto o nich pamiętać. Miałam wrażenie, że Grayson jest sam w wielkiej przestrzeni. Czytając książkę, myślałam o tym, że przydałoby się także więcej danych o sprzęcie, którym posługują się ludzie. Właściwie jakiekolwiek informacje. Bo nie wiemy nic. Nie obraziłabym się także o odrobinie szczegółów o obcych. Nic straconego. Z tego, co wiem, autor przygotowuje szóstą część serii. Może coś jeszcze się wyjaśni.
Chciałem nie zgodzić się z mamą, ale część mnie przyznawała, że inwazja Dryblasów na Ziemię stanowiłby akt miłosierdzia dla naszego gatunku. I tak większą część swojej historii spędziliśmy, próbując się nawzajem unicestwić. W ten sposób przynajmniej jakiś bezstronny sędzia z zewnątrz rozstrzygnąłby raz na zawsze wszystkie waśnie ludzkości.
Osobom, którym podobał się wątek Halley może przeszkadzać jej brak. Na osłodę dostajemy jakieś zupełnie nieromantyczne zaręczyny na początku, po czym ona znika. Mnie to nie wadziło, jednakże autor mógł wtrącić parę słów o jej losach. Co jeszcze? Ach przemyślenia głównego bohatera na temat idiotyczności postępowania ziemian. Jestem takiego samego zdania, co Andrew. Wspólnota Północnoamerykańska właściwie nie miała pieniędzy, walczyła z obcymi (znacznie bardziej rozwiniętymi technologiczne) za pomocą starego sprzętu. Jednocześnie toczyła wojny z ZCR, swoimi obywatelami, a nawet własnymi żołnierzami. Mnie to aż te przemyślenia nie wadziły, ale uważam, że było ich odrobinę za dużo.

Żołnierze, którymi ciężko było sterować, zostali zesłani na mały, lodowaty księżyc gdzieś na peryferiach pod pretekstem misji wojskowej. Wśród „szczęśliwców” był Andrew oraz jego była przełożona. Na szczęście od tego momentu wróciło to, co za co kocham tę serię. Akcja, odrobina humoru (niestety troszkę za mało), ciekawi bohaterowie. Nie będę mówić, co się działo, ale warto. Jak już się zaczęło, to nie mogłam się oderwać.
Nie sądziłem, abyśmy w czymkolwiek byli lepsi od ZCR. Nasze motywy z pewnością nie były szlachetniejsze niż ich i posługiwaliśmy się identycznymi metodami. Jeśli sytuacja miała rozwijać się jak do tej pory, czekało nas jeszcze parę lat, najwyżej dekada, zanim wszystkie nasze kolonie zostaną zajęte przez obcych, i w tym otrzymanym na kredyt czasie potrafiliśmy jedynie zabijać się nawzajem, jak dwa rozpieszczone dzieciaki kłócące się, jak podzielić wspólny pokój, podczas gdy wokół płonie dom.
Do języka użytego w książce nie mogę się przyczepić. Oczywiście język jest prosty, pojawiają się wulgaryzmy, ale taki sposób wyrażania się w książce postaci nadaje autentyczności. Niby jak wojsko ma się wysławiać? Korekta także nie zawodzi. Po prostu wydawnictwo takie jak Fabryka Słów nie może sobie pozwolić na fuszerkę. Jednakże niesamowicie irytowało mnie nadużywanie słowa „naczalstwo”. Tak wiem, to jest potocyzm, żaden błąd. Ale ile można? Mamy tyle synonimów, że nie musimy cały czas używać jednego słowa.

Ta część jest odrobinę słabsza niż poprzednia. Dopiero druga połowa dała mi to, czego szukam w rozrywce tego typu. Pierwsza była przegadana, nieco mi się dłużyła. Ostatecznie jednak dostałam to, co kocham i uwielbiam. Niestety nie mogę o tym opowiadać, aby nie zdradzić fabuły, ale powiem, że bardzo mnie zaskoczył bieg wydarzeń i zachęcam gorąco do zapoznania się z tą serią. Nie mogę się doczekać, aż zostanie wydane „Natarcie”. Jestem ciekawa też jaki cel na dodawanie kart do książek? Czyżbyśmy mieli całą talię uzbierać?

Dziękuję za książkę portalowi DużeKa, oraz wydawnictwu Fabryka Słów.

Czytam Fantastykę V

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Raz, dwa, trzy, giniesz ty!

O Dagmarze Andryce słyszałam niewiele. Kusił mnie jej debiut „Tysiąc”, ale jak to się mówi, „nie było okazji”. Autorka z wykształcenia jest filozofką, pasjonuje się Szwecją, uwielbia kino. Obie książki z serii o Marcie Witeckiej zbierają w większości wysokie oceny oraz pozytywne opinie. Gdy pojawiła się okazja na zrecenzowanie „Trąf, trąf, misia, bela”, stwierdziłam, że nie mogę przepuścić takiej okazji.

Sam pomysł na historię mnie się niezwykle podoba. Do głównej bohaterki, dziennikarki śledczej podczas spotkania autorskiego podchodzi pewna kobieta. Mówi, że jej rozproszeni po Polsce przyjaciele giną, a policja mylnie nie łączy ze sobą tych morderstw. Marta Witecka pierwotnie nie chce się mieszać, ale w końcu się interesuje sprawą i przeprowadza dziennikarskie śledztwo.

Kim są przyjaciele? Byli sportowcy, wiele lat temu utworzyli na obozie coś w rodzaju bractwa. Elitarną, silną i tajemniczą grupę, do której inne dzieciaki nie miały wstępu, choć bardzo chciały. Trzeba powiedzieć, że one nie miały łatwego życia. Na co dzień w domu towarzyszyła im patologia jak przemoc, czy molestowanie. Razem czuli się silni, a nie jak ofiary. Czy ktoś gnębiony przez nich miał motyw, aby ich zabijać? A może to małżonek, który nie lubił członków bractwa? A może to ktoś jeszcze inny? Czy głupia gra, dziecinna wyliczanka ma związek ze śmiercią kolegów?

Oczywiście, to, że zabójstwa są ze sobą powiązane, to bardziej niż oczywiste. Inaczej nie byłoby historii godnej książki. Dziennikarka śledcza ma trudne zadanie, ponieważ dorośli już członkowie bractwa chcą się dowiedzieć, kto im zagraża, jednocześnie ukrywają dość istotne fakty. Jednakże z każdą rozmową dowiadujemy się coraz więcej o ich wzajemnych relacjach, powiązaniach czy grzeszkach z przeszłości.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Dwie one i jeden on.

Co myślicie, gdy słyszycie słowo „bigamia”? Jaki obraz się nasuwa na stwierdzenie „on i dwie kobiety”. Czytałam i słyszałam setki razy o mężczyznach skazanych za bigamię, mających podwójne życie, kłamiących i raniących. Nie trzeba szukać daleko, bo kto nie słyszał, lub nie przeżył zdrady? Historia, o której opowiada książka „Żony jednego męża”, jest zupełnie inna. Opowiada o nietypowej rodzinie. Czy można dzielić się mężczyzną z inną kobietą i być szczęśliwą?

Anna Fryczkowska. Urodziła się w roku 1968 w Warszawie. Studiowała filologię włoską i scenopisarstwo. Pisze scenariusze do seriali. Pracowała między innymi jako tłumaczka i dziennikarka. Jej twórczość była wielokrotnie nagradzana. Na przykład w zeszłym roku otrzymała Różę Gali za powieść „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)”, o czym informuje nas okładka. Wg Wikipedii obecnie mieszka na Żoliborzu, gdzie umieściła akcję książki, którą opisuję.

Na początku widzimy Dobrochnę. Nie wiemy do końca, kim ona jest, ale widzimy coś, co można określić jako depresję. Kobieta spędza większość czasu w łóżku, nie wychodzi z domu, obserwuje świat przez okno. Co doprowadziło do takiego stanu? Co się stało wcześniej?

Ogarnijmy tę rodzinkę. Na początku Wojtek poznał Anitę. Przypadkiem, niemal od razu ich relacja przerodziła się w związek. Mężczyzna umiał słuchać i się troszczyć. Kobieta, mimo że była samodzielna i pozornie twarda, doceniała siłę męskiego, wspierającego ramienia. Jednakże nigdy nie chciała bawić się w ślub, dzieci i prowadzenie domu. Gdy zaszła w ciążę Wojtek postanowił zatrudnić pomoc domową, głównie z troski o swoją kobietę. Ta dość szybko się zakochała w pracodawcy (ze wzajemnością).

sobota, 8 kwietnia 2017

Jak będzie wyglądała ziemia za 100 lat?

Fabryka Słów znana jest głównie z fantastyki. Z pewnym rozrzewnieniem wspominam trylogię „Achaja” Ziemiańskiego. To od niej zaczęłam przygodę z magami, wojownikami i niezwykłymi przygodami. Wydawnictwo to wypuściło serię, znaną i dość popularną „Fabryczna Zona”, ale ile można czytać o świecie po apokalipsie? Czas wyrwać się z tego padołu łez. Umożliwić to ma nam nowa seria „Fabryczna Galaktyka”.


Przyznam się szczerze, że o ile fantastykę czytywałam, tak ze science fiction mówiącego o podróżach międzyplanetarnych, wojnach z innymi cywilizacjami, czy wojskach kosmicznych, nie znamy się za bardzo. Nie tak dawno zaliczyłam fall start z „Zabójczą sprawiedliwością” oraz częścią drugą tego... no nieważne. Postanowiłam się jednak nie zrażać i dać gatunkowi drugą szansę.

środa, 5 kwietnia 2017

Jak wasze postanowienia noworoczne?

Czym się kierujecie, wybierając książkę do czytania? Ja zazwyczaj patrzę na recenzje osób o podobnym guście do mojego oraz na oceny na portalu książkowym. Co zrobić w sytuacji, w której znajdują się recenzenci? Propozycje płyną jeszcze przed premierą. I tutaj można sugerować się opisem (czy tematyka mi odpowiada?), nazwiskiem autora, czy popularnością tytułu za granicą (w przypadku tłumaczeń). Twórczości Małgorzaty Mroczkowskiej nie znam, ale temat jak najbardziej dla mnie. Lubię komedie obyczajowe. Tylko nie tę.

Co mówi strona lubimyczytac.pl o autorce?
Skończyła politologię na UMCS w Lublinie. Przez wiele lat pracowała jako reporterka i dziennikarka. Nagradzana w wielu konkursach literackich. Prywatnie matka dwójki dzieci i posiadaczka labradora. W wolnych chwilach maluje obrazy i pielęgnuje kwiaty w swoim miejskim ogrodzie.
Założycielka portalu dla polskich rodzin mieszkających na stałe w Wielkiej Brytanii mumsfromlondon.com.
Mieszka i pracuje w Londynie, dokąd wyjechała z Warszawy w 2004 roku.
Od siebie dodam, że wg wyżej wymienionego portalu, książka, którą trzymam w rękach, jest szóstą. Ciekawe, dlaczego nie słyszałam wcześniej o autorce.

Poznajemy Basię, mężatkę i matkę dwójki dzieci. Ma 39 lat i bardzo chce schudnąć. Nie, aby coś w tej kwestii robiła. Próbuje różnych diet z kolorowych czasopism, a niepowodzenia zajada krówkami. Bohaterka pracuje w biurze. Nie mam pojęcia, czym się to biuro zajmuje, to nie jest istotne. Ważne jest to, że zebrało się tam coś w rodzaju „kółka wzajemnej adoracji” kobiet będących na wiecznej diecie. Tak więc cały dzień rozmawiają o tym, kto schudł, kto utył, o jakich dietach i sposobach wspominają w gazetach. Z tego gadania nie wychodzi bynajmniej nic mądrego. Ot takie ploteczki dla zabicia czasu.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Co czai się w piwnicy?

Kiedyś pisałam, że autor horrorów nie ma łatwego zajęcia. Podobnie jest z twórcami thrillerów. Wywołać napięcie samymi słowami potrafią jedynie nieliczni. Udało się to na przykład Sebastianowi Fitzkowi. „Pasażer 23”, to był strzał w dziesiątkę, miał wszystko to, co powinien zawierać thriller. Napięcie, akcję, przekonujących bohaterów, intrygującą tajemnicę. Na książce, którą opisuję, znajduje się rekomendacja wyżej wymienionego pisarza.

Gabriel w wieku jedenastu lat przeżył koszmar. Jego rodzice zostali zamordowani, a dom spłonął. Do tego przedtem zobaczył coś, czego nie powinien. Wyparł je z podświadomości, ale te wspomnienia i obrazy czają się w mroku...

Około trzydziestu lat później, bohater prowadzi dość monotonne życie. Jego cały dzień wypełnia praca, właściwie w niej mieszka. Nie ma żony, własnego mieszkania, hobby, znajomych. Ciąża kobiety, z którą się spotyka, zmienia nastawienie mężczyzny. Postanawia wziąć odpowiedzialność za dziecko i zamieszkać z Liz. Gabriel się miota i nie może zdecydować, czy tego naprawdę chce. Gdy kobieta zostaje porwana, podejmuje zdecydowane kroki, aby ją odnaleźć.

Czytając prolog i pierwsze rozdziały, byłam dobrej myśli. Autor umie przyciągnąć czytelnika i zbudować napięcie. Byłam bardzo ciekawa, co to za zagadka, gdzie się podziała Liz, co takiego się kryje w willi, którą Gabriel sprawdzał, i tak dalej i tak dalej. Powiem szczerze, że nie mogłam się oderwać.

Akcję widzimy z perspektywy kilku bohaterów: Liz, Gabriela oraz Davida (jego brata). Kreacje bohaterów całkiem mi się podobają. Myślę, że nie są na mistrzowskim poziomie, ale napisane są dość dobrze, większość zyskała moją sympatię i nawet im kibicowałam.

sobota, 1 kwietnia 2017

Jak żyć dobrze?

Życie mamy jedno – to wie każdy. Jak to, że nikt nie dostaje instrukcji. Rodzimy jako czysta kartka. To rodzina, środowisko, szkoły kształtują nas jako ludzi. Czasem podczas tego procesu wystąpi jakiś problem. Albo to kartka nie jest do końca czysta? Czasem czujemy, że nasze życie nie jest takie jak powinno. Czasem coś nam doskwiera. Co wtedy? Do kogo się zwrócić?


W tej książce nie zajdziemy sposobów na to, „jak żyć”, „jak osiągnąć sukces”, „jak być szczęśliwym”. My z naszymi historiami i doświadczeniami jesteśmy zbyt skomplikowani, aby dopasować do nas jeden klucz. Nie znajdziemy też tutaj porad jak przeżyć idealne, wolne od trosk życie. Mamy tutaj około dwudziestu wywiadów z psychoterapeutami, psychologami i psychiatrami. Autorzy rozmawiają ze specjalistami między innymi o osobowości narcystycznej, o wyznaczaniu granic dzieciom, o żałobie, o wsparciu osoby chorej na depresję.