środa, 19 kwietnia 2017

Ciąg dalszy przygód Andrew.

Andrew ukończył pięcioletnią służbę i zaciągnął się jeszcze raz. Pracował za pomocą technologii, po broń sięgał niezbyt często. Głównie był wysyłany do wojny z Dryblasami. Ludzie nie byli w stanie obronić przed nimi swoich kolonii, więc niszczyli całą planetę łącznie z najeźdźcami. Skoro my nie możemy utrzymać swoim ziem, to nikt ich nie będzie miał.
Jednak nie zaciągnąłem się na nowo dla pieniędzy, ale dlatego, że nie wiedziałem, czym innym mógłbym się zająć. Wszystkie mój fachowe umiejętności związane były z rozmaitymi metodami zabijania oraz z tajnymi systemami sieci neuronowych, raczej niezbyt przydatnymi w cywilnym świecie. Nie za bardzo miałem ochotę wrócić na Ziemię i zając mieszkanie komunalne, w którym mieszkałbym do szybkiej śmierci
Podczas czytania tej części czułam pewien niedosyt. Pierwsza połowa była zwyczajnie nudna. Jak pisałam, bohater zajmował się głównie obsługą sprzętu, więc większość „akcji” polegała na rozmowach przez radio, czasem została rzucona atomówka, ale ogólnie emocje jak na grzybach. Zdarzył się także wypadek, który wzbudził obawę o życie głównego bohatera. A raczej wzbudziłby, gdyby nie to, że oczekiwałam PRZYPADKU, dzięki któremu Andrew wyjdzie z tego bez szwanku. No i była taka losowa sytuacja. Na szczęście ostatnia w tej powieści.

Przeszkadzało mi więcej rzeczy. Bohaterowie, a raczej ich brak. W pierwszej połowie niby ktoś tam się przewinął, ale ci ludzie byli tak nieistotni, że nie warto o nich pamiętać. Miałam wrażenie, że Grayson jest sam w wielkiej przestrzeni. Czytając książkę, myślałam o tym, że przydałoby się także więcej danych o sprzęcie, którym posługują się ludzie. Właściwie jakiekolwiek informacje. Bo nie wiemy nic. Nie obraziłabym się także o odrobinie szczegółów o obcych. Nic straconego. Z tego, co wiem, autor przygotowuje szóstą część serii. Może coś jeszcze się wyjaśni.
Chciałem nie zgodzić się z mamą, ale część mnie przyznawała, że inwazja Dryblasów na Ziemię stanowiłby akt miłosierdzia dla naszego gatunku. I tak większą część swojej historii spędziliśmy, próbując się nawzajem unicestwić. W ten sposób przynajmniej jakiś bezstronny sędzia z zewnątrz rozstrzygnąłby raz na zawsze wszystkie waśnie ludzkości.
Osobom, którym podobał się wątek Halley może przeszkadzać jej brak. Na osłodę dostajemy jakieś zupełnie nieromantyczne zaręczyny na początku, po czym ona znika. Mnie to nie wadziło, jednakże autor mógł wtrącić parę słów o jej losach. Co jeszcze? Ach przemyślenia głównego bohatera na temat idiotyczności postępowania ziemian. Jestem takiego samego zdania, co Andrew. Wspólnota Północnoamerykańska właściwie nie miała pieniędzy, walczyła z obcymi (znacznie bardziej rozwiniętymi technologiczne) za pomocą starego sprzętu. Jednocześnie toczyła wojny z ZCR, swoimi obywatelami, a nawet własnymi żołnierzami. Mnie to aż te przemyślenia nie wadziły, ale uważam, że było ich odrobinę za dużo.

Żołnierze, którymi ciężko było sterować, zostali zesłani na mały, lodowaty księżyc gdzieś na peryferiach pod pretekstem misji wojskowej. Wśród „szczęśliwców” był Andrew oraz jego była przełożona. Na szczęście od tego momentu wróciło to, co za co kocham tę serię. Akcja, odrobina humoru (niestety troszkę za mało), ciekawi bohaterowie. Nie będę mówić, co się działo, ale warto. Jak już się zaczęło, to nie mogłam się oderwać.
Nie sądziłem, abyśmy w czymkolwiek byli lepsi od ZCR. Nasze motywy z pewnością nie były szlachetniejsze niż ich i posługiwaliśmy się identycznymi metodami. Jeśli sytuacja miała rozwijać się jak do tej pory, czekało nas jeszcze parę lat, najwyżej dekada, zanim wszystkie nasze kolonie zostaną zajęte przez obcych, i w tym otrzymanym na kredyt czasie potrafiliśmy jedynie zabijać się nawzajem, jak dwa rozpieszczone dzieciaki kłócące się, jak podzielić wspólny pokój, podczas gdy wokół płonie dom.
Do języka użytego w książce nie mogę się przyczepić. Oczywiście język jest prosty, pojawiają się wulgaryzmy, ale taki sposób wyrażania się w książce postaci nadaje autentyczności. Niby jak wojsko ma się wysławiać? Korekta także nie zawodzi. Po prostu wydawnictwo takie jak Fabryka Słów nie może sobie pozwolić na fuszerkę. Jednakże niesamowicie irytowało mnie nadużywanie słowa „naczalstwo”. Tak wiem, to jest potocyzm, żaden błąd. Ale ile można? Mamy tyle synonimów, że nie musimy cały czas używać jednego słowa.

Ta część jest odrobinę słabsza niż poprzednia. Dopiero druga połowa dała mi to, czego szukam w rozrywce tego typu. Pierwsza była przegadana, nieco mi się dłużyła. Ostatecznie jednak dostałam to, co kocham i uwielbiam. Niestety nie mogę o tym opowiadać, aby nie zdradzić fabuły, ale powiem, że bardzo mnie zaskoczył bieg wydarzeń i zachęcam gorąco do zapoznania się z tą serią. Nie mogę się doczekać, aż zostanie wydane „Natarcie”. Jestem ciekawa też jaki cel na dodawanie kart do książek? Czyżbyśmy mieli całą talię uzbierać?

Dziękuję za książkę portalowi DużeKa, oraz wydawnictwu Fabryka Słów.

Czytam Fantastykę V

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentuj, krytykuj, chwal i piętnuj.A przede wszystkim się podpisz i nie wstawiaj linków. Na bank zajrzę, jeśli będę wiedziała do kogo.

Komentarze anonimowe, niekulturalne i zawierające spam będą usuwane.