Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

sobota, 8 kwietnia 2017

Jak będzie wyglądała ziemia za 100 lat?

Fabryka Słów znana jest głównie z fantastyki. Z pewnym rozrzewnieniem wspominam trylogię „Achaja” Ziemiańskiego. To od niej zaczęłam przygodę z magami, wojownikami i niezwykłymi przygodami. Wydawnictwo to wypuściło serię, znaną i dość popularną „Fabryczna Zona”, ale ile można czytać o świecie po apokalipsie? Czas wyrwać się z tego padołu łez. Umożliwić to ma nam nowa seria „Fabryczna Galaktyka”.


Przyznam się szczerze, że o ile fantastykę czytywałam, tak ze science fiction mówiącego o podróżach międzyplanetarnych, wojnach z innymi cywilizacjami, czy wojskach kosmicznych, nie znamy się za bardzo. Nie tak dawno zaliczyłam fall start z „Zabójczą sprawiedliwością” oraz częścią drugą tego... no nieważne. Postanowiłam się jednak nie zrażać i dać gatunkowi drugą szansę.
– Byłoby kiepsko – zgodziłem się. – A teraz czy mogłabyś już przestać mówić o katapultowaniu? Nie mam ochoty dodawać lotu ze spadochronem do listy dzisiejszych nowych doświadczeń.
– Och, to całkiem fajne – rzekła Halley. – Jeśli ktoś lubi kurczowo zaciskać dłonie ze strachu.
Główną postacią jest Andrew Grayson. Wychował się w dzielnicy komunalnej. Cóż to oznacza? Ano to, że mieszkał w niebezpiecznej okolicy, jadł przydzielone, paskudne jedzenie a leki, czy ser musiał zdobywać na czarnym rynku. Dla reszty populacji był nieważnym szczurem. Jak większość ludzi w jego wieku, chciał się stamtąd wyrwać. Opcje miał dwie. Pierwszą z nich jest liczenie na fart w loterii przydzielającej miejsca na innych planetach. Ponieważ szczęście się do niego nie uśmiechnęło, to wstąpił do wojska.

Najpierw mamy opis szkolenia przygotowawczego. Podczas niego zostają odsiane najsłabsze jednostki, a reszta nabiera kondycji fizycznej, oraz zyskuje umiejętności potrzebne w późniejszej służbie. Chciałabym powiedzieć, że obserwujemy przemianę chłopca w mężczyznę, ale nic takiego się nie dzieje. Mamy bardziej przeskok. Raz widzimy, jak bohater wymiotuje po męczącym biegu, za parę stron po mięczaku nie ma ani śladu. Dlatego też uważam, że jest to najsłabsza, choć potrzebna, część książki.
Jeśli przed nami znajdował się sprawny wymiennik atmosferyczny, to obca rasa była tak zaawansowana, że próba rywalizowania z nią o nieruchomość była równie dobrym pomysłem, jak pojawienie się na konkursie architektonicznym z zestawem małego budowniczego i kilkoma rolkami arkuszy polimerowych.
Większość powieści składa się z relacji z walk oraz prezentacji broni. Myślę, że osoby, które oczekują akcji, bez zbędnych opisów, będą zadowolone. Autor umiejętnie wybiera to, co jest nam potrzebne, omijając to, bez czego można się obejść. Język, którego używa, można określić jako prosty, choć nie prostacki, dość kolorowy. Pojawiają się nowe słówka, ale nie miałam żadnego problemu z ich zrozumieniem. Wspomnieć należy o dowcipach słownych oraz sytuacyjnych, które są naturalne i na miejscu.


Bohaterowie? Są idealnie zarysowani. Wcale nie płascy, czy papierowi. Oczywiście najwięcej wiemy o głównym bohaterze, reszta w większości pojawia się i znika, co jest całkowicie zrozumiałe. Znaczna część postaci, jak Andrew, chcieli wyrwać się ze swojego środowiska. Raczej trzymają się razem, zdają sobie sprawę, że nigdy nie wiadomo, od kogo będzie jutro zależeć ich życie. Dialogi między nimi także mi się podobają. Nie są nasycone sztuczną podniosłością, nie są też płaskie jak naleśnik. Zwyczajne, normalne. Czasem zabawne.
– Co teraz? – spytałem?
– Teraz włączymy radio, wzniesiemy się ponad zupę i odezwiemy się do naszych przyjaciół w przestrzeni – odparła Halley. – A później wyląduje gdzieś bezpiecznie i będę miała zawał.
Wielu osobom może nie przypaść do gustu duża ilość przypadków. Jeśli się zastanowić, to wszystko tutaj dzieje się przypadkiem, a bohater ma niebywale duże zasoby szczęścia. Jak na razie mi to nie przeszkadza, ale myślę, że jeśli historia będzie dalej pisana w te sposób, to zaczną się zgrzyty. Druga rzecz to wątek miłosny. Faktycznie może być uznawany za zbędny. Nic konkretnego nie wnosi do fabuły. Jednakże dla mnie naturalne jest, że ludzie rozrzuceni po wszechświecie chcą mieć jakiś element stały w życiu i miłą wiadomość na dzień dobry. Dla mnie ten wątek był całkiem w porządku. Nie dominował powieści, nie mamy tutaj dramatów. Dyskretna, przyjemna historyjka w tle.

Szkoda, że wydawca nie pokusił się o wydanie serii w solidniejszej oprawie. Książki u mnie w domu goszczą krótko, raczej czytałam je na czytniku, ale i tak widać już drobniutkie uszkodzenia okładek. Szkoda bo graficy się postarali i jest czym nacieszyć oko. Niemniej nie jest to wybitna fantastyka i nie liczę na wznowienia. Nie sądzę, aby powieść stała się kiedyś klasyką gatunku, możliwe, że następne pokolenie nie będzie o tej serii pamiętać, ale powiem szczerze, że jest to całkiem przyjemny, pełen napięcia i akcji kawałek SF. Świetnie się bawiłam z „Poborem” i na pewno sięgnę po dalsze części serii „Frontline”.

Post powstał we współpracy z portalem DużeKa, oraz wydawnictwem Fabryka Słów.

Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytam Fantastykę V

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentuj, krytykuj, chwal i piętnuj.A przede wszystkim się podpisz i nie wstawiaj linków. Na bank zajrzę, jeśli będę wiedziała do kogo.

Komentarze anonimowe, niekulturalne i zawierające spam będą usuwane.