Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Raz, dwa, trzy, giniesz ty!

O Dagmarze Andryce słyszałam niewiele. Kusił mnie jej debiut „Tysiąc”, ale jak to się mówi, „nie było okazji”. Autorka z wykształcenia jest filozofką, pasjonuje się Szwecją, uwielbia kino. Obie książki z serii o Marcie Witeckiej zbierają w większości wysokie oceny oraz pozytywne opinie. Gdy pojawiła się okazja na zrecenzowanie „Trąf, trąf, misia, bela”, stwierdziłam, że nie mogę przepuścić takiej okazji.

Sam pomysł na historię mnie się niezwykle podoba. Do głównej bohaterki, dziennikarki śledczej podczas spotkania autorskiego podchodzi pewna kobieta. Mówi, że jej rozproszeni po Polsce przyjaciele giną, a policja mylnie nie łączy ze sobą tych morderstw. Marta Witecka pierwotnie nie chce się mieszać, ale w końcu się interesuje sprawą i przeprowadza dziennikarskie śledztwo.

Kim są przyjaciele? Byli sportowcy, wiele lat temu utworzyli na obozie coś w rodzaju bractwa. Elitarną, silną i tajemniczą grupę, do której inne dzieciaki nie miały wstępu, choć bardzo chciały. Trzeba powiedzieć, że one nie miały łatwego życia. Na co dzień w domu towarzyszyła im patologia jak przemoc, czy molestowanie. Razem czuli się silni, a nie jak ofiary. Czy ktoś gnębiony przez nich miał motyw, aby ich zabijać? A może to małżonek, który nie lubił członków bractwa? A może to ktoś jeszcze inny? Czy głupia gra, dziecinna wyliczanka ma związek ze śmiercią kolegów?

Oczywiście, to, że zabójstwa są ze sobą powiązane, to bardziej niż oczywiste. Inaczej nie byłoby historii godnej książki. Dziennikarka śledcza ma trudne zadanie, ponieważ dorośli już członkowie bractwa chcą się dowiedzieć, kto im zagraża, jednocześnie ukrywają dość istotne fakty. Jednakże z każdą rozmową dowiadujemy się coraz więcej o ich wzajemnych relacjach, powiązaniach czy grzeszkach z przeszłości.

Rozmową. Właśnie. Nie powinno się coś dziać? Myślę, że wplatanie w akcję samych morderstw byłoby dość ciekawym akcentem. Tutaj cała akcja dzieje się w pensjonacie, kawiarniach, restauracjach, hotelach i mieszkaniach bohaterów. Gadają, gadają, gadają. Oczywiście domyślałam się, że nie będzie pościgów, wybuchających samochodów czy strzelanin, a bohaterka będzie wykonywać żmudną, dziennikarską rozmowę. Tam nie działo się nic.

Nie zrozumcie mnie źle. Do książki usiadłam z ogromnym zapałem. Pierwszych sto stron przeczytałam w błyskawicznym tempie. Powieść wciągnęła mnie na tyle, abym zapomniała o całym świecie. Niestety tak było mniej więcej do połowy. Potem napięcie puściło, akcja zatrzymała się, a mój entuzjazm zmalał. Miałam wrażenie, że bohaterowie kręcą się w kółko.

Tutaj może wtrącę o bohaterach. Jak na mój gust było ich za dużo. Co chwilę dołączały nazwiska małżonków, kochanków, ślubnych i nieślubnych dzieci. Do tego cała masa problemów, niezamkniętych, przemilczanych spraw z przeszłości, krzywd. Do tego nie dało się ich lubić. Banda samolubów, ofiar i napastników. Tutaj ktoś kogoś molestował, tutaj mąż znęca się nad żoną, tutaj żona dręczy męża, dzieciak sprawia problemy wychowawcze, ojciec wyparł się syna, ktoś tam zdradzał żonę, lesbijka nie mogła się pogodzić ze swoją orientacją... i tak dalej, i tak dalej. W pewnym momencie doszłam do momentu, że to wszystko zaczęło mi się plątać. O bohaterach też nie powiem zbyt dużo. Po prostu byli tak płascy, tak jednowymiarowi, że nikt, absolutnie nikt nie zagościł w mojej głowie na dłużej.

Znacie dość popularny motyw, gdy bohater kreskówki przebiera nogami, uciekając przed czymś, ale zostaje w miejscu? W pewnym monecie tak zaczęłam się czuć. Przewracałam kartki, czas mi uciekał, a sprawa nie posuwała się do przodu. Nie dość, że bohaterowie w domysłach krążyli w kółko, to wciąż powtarzali to samo. Jak pisałam wcześniej, dochodziły nowe okoliczności, ale one nie wpływały na cokolwiek. Nic nie zmieniały. Na koniec dowiedziałam się, że zrozumienie tych wszystkich faktów nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Miały tylko nam zamieszać w głowie.

Czy wyjaśnienie historii mnie zaskoczyło? Absolutnie. Tak uczepili się paru podejrzanych i tak krążyli wokół nich, iż domyśliłam się, że to nie oni. Ten człowiek był oczywisty a rozwiązanie sztampowe. Niestety autorka tutaj niczym odkrywczym mnie nie uraczyła. Nie powiem, uważam, że autorka umie pisać, na pierwszą połowę potrzebowałam zaledwie jednego wieczoru, lecz na resztę – trzech dni.

Tutaj jeszcze mam małą zagwozdkę. Zauważyłam w treści dość niecodzienny schemat:
„Co mnie podkusiło?, myślała, drżąc na całym ciele.”
„Nareszcie!, pomyślał i uruchomił procedurę zatrzymania przez lokalnych kolegów.”
Zapytałam się o tę kwestię w poradni językowej PWN, tak mnie nurtowała. Uzyskałam odpowiedź, że taki zapis jest prawidłowy, choć lepiej postawić w tym miejscu myślnik. Także wiecie, człowiek uczy się całe życie. Tutaj możecie przeczytać pełną wypowiedź eksperta.

Podsumowując moją opinię, napiszę, że do powieści zasiadałam z dużym entuzjazmem. Faktycznie, na początku obcowanie z książką sprawiało mi dużą przyjemność. Potem miałam wrażenie, że historia jest sztucznie przedłużana, nowe wątki niepotrzebnie komplikują sprawę, a bohaterów jest zbyt dużo, aby rozwinąć któregokolwiek z nich. Zakończenie było błahe, oczywiste. Czy sięgnę po pierwszą część serii? Oczywiście. Jestem ciekawa, jak ją odbiorę. Jednakowoż bez większego entuzjazmu. 5/10

Za książkę dziękuję portalowi DużeKa, oraz wydawnictwu Prószyński i Sk-a

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentuj, krytykuj, chwal i piętnuj.A przede wszystkim się podpisz i nie wstawiaj linków. Na bank zajrzę, jeśli będę wiedziała do kogo.

Komentarze anonimowe, niekulturalne i zawierające spam będą usuwane.