Panel w budowie. Wróci za jakiś rok.

niedziela, 2 lipca 2017

Nie wszystko hygge, co ma... masło?

Dzisiejszy świat pędzi. Chcemy mieć bardziej modną sukienkę, nowocześniejszą komórkę, lepszy samochód, lepiej płatną pracę... Chcemy mieć wszystko szybciej i więcej. Tylko czy to nam daje szczęście? Świat zainteresował się hygge, które jest nie tyle modne, ile towarzyszy Skandynawom, jako element ich kultury. Dotychczas przeczytałam jedną publikację traktującą o tym zjawisku. Ponieważ temat mnie zainteresował, postanowiłam sięgnąć po kolejną książkę ze słowem „hygge” w tytule.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to przepiękne wydanie. Twarda okładka w szarych kolorach z ładną grafiką robi przyjemne wrażenie. W środku znajdujemy piękne, idealnie dopasowane, minimalistyczne i duże zdjęcia. Jednakowoż czytanie nie należało do przyjemności, ze względu na maleńkie cienkie litery. Mam wadę wzroku, co mi dotychczas nie przeszkadzało czytać książki bez okularów. Tutaj ze szkiełkami miałam spory problem. Pozycja stanowczo nie jest dla osób starszych i tych ze słabszym wzrokiem. Dlatego też pomysł, aby tekst zajmował jedynie 2/3 strony, był dla mnie dość dziwny.

Miałam wrażenie, że koncepcja hygge pochodzi z Danii. Nie zgadzało mi się to z postacią autorki wychowywanej w Norwegii. Internet podpowiedział mi, że to słowo, mimo że jest duńskie, pochodzi z języka norweskiego. Możliwe, że hygge jest obecne nie tylko w Danii. Nie jestem wystarczająco kompetentna, aby oceniać tę informację, zatem na potrzeby opinii przyjmijmy, że hygge jest skandynawskie, jak uparcie powtarza autorka.

Autorka w mojej ocenie jest dość ograniczoną osobą. Nie przyjmuje do wiadomości, że są osoby, które mogą mieć inny gust, czy wizję swojego życia. Cóż innego można powiedzieć o kucharce, która aż wzdryga się na myśl o jedzeniu batatów?
Przy okazji: jeśli rozważacie robienie deseru z batata, awokado, nasion chii albo jakichkolwiek innych ekologicznych produktów, to trochę rozmijacie się z sensem hygge, które polega na jedzeniu rzeczy smacznych, a nie zamartwianiu się, czy na pewno są zdrowe.
Oczywiście, smaczne jest jedynie to, co ma w sobie tony masła. Autorka często wspomina o tym, jak masło jest ważne dla Norwegów i dla niej samej. Drugą kwestią drażniącą autorkę są... dywany. No bo jak ktokolwiek może lubić dywan? Dla ludzi, którzy lubią mieć dywan pod stopami, pani Johansen radzi kupno ciepłych skarpetek. Nie. To nie jest to samo.

To, co napisałam wyżej, jest doskonałym potwierdzeniem tezy, że autorka spłyca koncepcję, o której pisze. Myślisz o „hyggowaniu” w swojej kawalerce? Zapomnij! Do tego potrzebne są świecie, duże przestrzenie, skandynawski wystrój (proszę natychmiast wymienić meble po babci!), masy tłustego, niezdrowego jedzenia i obowiązkowy brak dywanu. Autorka pisze również o spacerach, kontakcie z naturą, czy celebrowaniu chwil spędzonych z rodziną, ale niestety zbyt dużo uwagi poświęciła sprawom materialnym. Troszkę to mi przypomina gospodynię, która tak dba o to, aby proszone święta były idealne, że zapomina, o co w tym wszystkich chodzi.

Czytając książkę, czułam się jak kretynka. Czy ktokolwiek potrzebuje przewodnika, jak wybrać się do lasu? Czy potrzebujemy informacji jak ubrać się na całodniowy spacer po lesie i jak zrobić sobie kanapki? Inną kwestią było to, że autorka wałkuje cały czas to samo. Myślę, że gdyby usunąć niepotrzebne powtórzenia, uzyskalibyśmy poradnik o co najmniej połowę cieńszy.

Autorka bardzo dużo pisze o jedzeniu, co nie mnie nie dziwi, w końcu jest kucharką. Choć, jak na mój gust, za dużo Nie zrobiła żadnych badań, aby dowiedzieć się więcej o tym, czym jest hygge i jak celebrują je inny Skandynawowie. Cały czas ona powtarza „skandynawskie hygge”, pisząc jedynie o kraju jej pochodzenia. Co więcej, wspomina jedynie o swoich doświadczeń, traktując swoje zdanie i punkt widzenia, jako jedyne i właściwe. To, co można wynieść z tej książki, to refleksja, że skoro nie pochodzisz ze Skandynawii, to nic nie zrozumiesz.

Na uwagę, oprócz zdjęć, zasługują tutaj przepisy. Właściwie pół książki zajmują: sałatki, mięsa, ryby, drinki, ciasta, śniadania, desery... Każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Myślę, że znacznie lepiej by było, gdyby autorka skupiła się na tym, co zna i umie. Książka kucharska z tradycyjnymi, norweskimi potrawami, oraz ciekawostkami z życia w ojczystym kraju autorki wyglądałoby znacznie lepiej. Ale bez „hygge” w tytule, to by się gorzej sprzedawało po prostu...

Proponuję tę książkę ludziom, którzy szukają inspiracji w kuchni, lubią dobrze wydane książki, które można postawić na półce i pochwalić się znajomym. Niestety jako kompendium wiedzy o hygge się kompletnie nie sprawdziła.

Za egzemplarz dziękuję portalowi Duże Ka, oraz wydawnictwu Burda Książki.

Grunt to okładka - kropka


2 komentarze:

  1. Przynajmniej wiem, żebym nie traciła czasu na tę pozycję, kiedy będę czytać o hygge, bo trochę zaciekawił mnie ten temat, bo mam wrażenie, że teraz wszyscy o tym czytają, a ja nadal tego nie rozumiem ;)

    OdpowiedzUsuń

Komentuj, krytykuj, chwal i piętnuj.A przede wszystkim się podpisz i nie wstawiaj linków. Na bank zajrzę, jeśli będę wiedziała do kogo.

Komentarze anonimowe, niekulturalne i zawierające spam będą usuwane.